Destruction, Nervosa, Gonoreas (Gdańsk, B90 21-01-2017)

Niemiecka załoga Destruction od 35 lat serwuje thrashmetalowy łomot. Należą do nieświętej trójcy niemieckiego thrashu razem z Kreator i Sodom. Zespół powstał w 1982 roku i wydał 14 albumów, z czego najnowszy, wydany w 2016 roku „Under Attack” jest promowany obecnie na koncertach. Ostatni raz widziałem Destruction chyba 5 lat temu, gdy grali w Warszawie u boku Overkill. Tym razem mieliśmy okazję oglądać ich występ w gdańskim B90. Jako support wystąpiła brazylijska Nervosa oraz szwajcarskie Gonoreas.

Gonoreas / fot. Wojciech Miklaszewski

Jako pierwszy rozgrzewacz na scenę wyskoczył Gonoreas. Zespół chyba nikomu nieznany, ale posiadający już w swoim dorobku 5 albumów i ponad 20 lat funkcjonowania. Stylistycznie bujali się pomiędzy hard’n’heavy melodyjnym graniem, a thrashowym przytupem z ciężkimi riffami. Moją uwagę zwrócił wokalista Leandro, który operował wysokim, czystym głosem, nieźle wpasowującym się w styl. Ich występ nie był może hiperudany i niektóre kawałki nudziły, ale ogólnie miło mnie zaskoczyli. Fajne zachowanie na scenie, radość z grania, ciekawe, nietuzinkowe solówki gitarzysty i mocny bas. Ich set był krótki i już za chwilę na deskach klubu nastąpiła „zamiana płci”.

Nervosa / fot. Wojciech Miklaszewski

Brazylijska Nervosa to młodziutki zespół thrashowy z dwoma albumami na koncie. I nie byłoby w tym wszystkim nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że ten band składa się z trzech pań. A dowodzi nimi charyzmatyczna Fernanda – basistka i wokalistka. Od pierwszych taktów zaczęło się szybkie umpa umpa na perkusji. Dziewczyny ostro podchodzą do tematu i nie ma tutaj miejsca na zwolnienia i ładne melodyjki. Cały set zagrany na szybkich tempach i ostrych, agresywnych gitarach. Ale na największe brawa moim zdaniem zasługuje frontmanka, która swoim darciem paszczy powoduje pękanie bębenków usznych i ogólny krwotok. Jestem pewien, że wiele męskich thrashowych składów mogłoby dużo się nauczyć od tych trzech energicznych kobiet. To był bardzo dobry metalowy performance i mam nadzieję, że te laski zawitają do nas jeszcze kiedyś.

Destruction / fot. Wojciech Miklaszewski

Z tym całym Destruction to jest problem. Bo płyty nagrywają teraz bardzo słabe, a na koncert by się poszło, bo będą grać stare klasyki. No więc wybieramy się na taki koncert i oglądamy sobie na merchu zespołu te majtki i czapeczki, płyty po horrendalnych cenach, a na scenie słabiutko, no może pod koniec się trochę rozruszali. Bo początek był straszny. Zaczęli tytułowym numerem z ostatniej produkcji, który jest tak mdły, że zespoły zakładane przez 14l-atków mają chyba więcej wyobraźni. No ale dobra, później „Curse The Gods” i „Life Without Sense”, czyli jest czego słuchać. Nie jestem absolutnie przekonany do tego typu funkcjonowania kapeli metalowej, która jako swoją jedyną broń „używa” stare materiały, stare utwory, ze starych płyt. Natomiast następuje tzw „położenie lachy” na nowych komponowanych rzeczach. Co z panami? Nie mamy pomysłów? Czy nie musimy ich mieć i nie musimy się wysilać, bo parę płyt i tak się sprzedało, opróżniając portfele młodszej rzeszy fanów, która do zbyt wymagającej nie należy. Z drugiej strony co taki Schmier ma teraz robić, siedzieć na kasie w Lidlu? Więc gra te koncerty, odgrzewa kotlety, daje starym fanom to poczucie „nakarmienia sentymentu”. Ale przydałoby się też posiedzieć i wystrugać dobry, mocny oldschoolowy thrashowy album, co? Jakoś koledzy zza miedzy nie mają z tym problemu (Sodom).

Pod koniec występu jeszcze zagrali kultowe „Thrash ‚Till Death”. No i były te klasyki, które miały być. Brzmienie też całkiem dobre, wszystko było dobrze słychać, również na zespołach supportujących. Wilk syty owca cała? No nie wiem. Ja czekam na Sodom w B90, a Destruction niech siada na tyłku i napisze porządną muzę, a nie stroi się w świecące ciuszki.