Kismet Ryding, The Brew (Gdańsk, B90 27-03-2014)

Widziałem ich na żywo już dwa razy, w 2010 i w 2011 roku w gdyńskim Uchu. Trzeci raz miał miejsce w Gdańsku, w stoczniowym B90, gdzie The Brew zaprezentowało w znacznej mierze materiał z najnowszego, czwartego już krążka, zatytułowanego „Control”. To nie był zwykły koncert, tylko wspaniałe widowisko z trzema rewelacyjnymi muzykami, a przede wszystkim dwoma niezwykle utalentowanymi młodymi chłopakami, którzy dojrzewają wraz z muzyką, którą tworzą…

the brew b90

Równo o 20 na małej scenie klubu B90 zwanej „Soundrive Stage” zaczął grać Kismet Ryding, brytyjska grupa supportująca The Brew podczas trasy, pochodząca z Grimsby, tej samej miejscowości, skąd wywodzi się zespół Smithów i Barwicka. Podobnie jak The Brew, parają się nowoczesnym rockiem psychodelicznym czy hard rockiem niemal wyjętym z lat 70 (Led Zeppelin, The Who, Hendrix), ale także obficie czerpiących z kolegów ze zbliżonych alternatywnych formacji w rodzaju Wolfmother, Radio Moscow czy Tame Impala. Grali tylko czterdzieści pięć minut, ale zdecydowanie pokazali się od najlepszej strony. Energetyczne riffy, bluesowe muzyczne pejzaże, psychodeliczne zwolnienia i nadpobudliwy wokalista świetnie sprawdziły się jako elementy wprowadzające do koncertu właściwego. Kismet Ryding nie odkrywa prochu, ale nie musi, bo chłopaki po prostu grają z pasją i umieją się tym cieszyć i bawić, przekazywać tę radość innym. Zdecydowanie jest to zespół, któremu warto poświęcić kilka chwil, a przy najbliższej okazji zobaczyć ich na żywo.

Nie ukrywam jednak, że to właśnie na The Brew czekałem najbardziej, wręcz z niecierpliwością. O ile po dwóch znakomitych płytach, debiutanckim „The Joker” i fantastycznym „A Million Dead Stars”, przyszło im nagrać nieco słabsze „The Third Floor”, najnowszym „Control” udowodnili swoją wysoką formę i niezwykłą dojrzałość. Ten koncert był świetną okazją by się o tym przekonać. Chłopcy, jakimi jeszcze trzy lata temu byli perkusista Kurtis Smith i gitarzysta Jason Barwick, teraz stali dojrzałymi chłopakami, świadomymi tego co robią i czującymi się na scenie jak ryby w wodzie. Tak też było już wtedy, jednak dopiero teraz wraz z wiekiem widać to dobitniej, jeszcze mocniej. Razem z basistą i ojcem Kurtisa, Timem Smithem pokazują, że są zespołem stworzonym do występów na żywo, a nowy materiał w tej roli sprawdził się znakomicie. To właśnie utwory z „Control” bowiem przeważały, nie zabrakło więc znakomitego „Repeat”, a także „Mute”, „Shuffle”, „Fast Forward” czy „Rewind”. Nie jestem pewien, czy przypadkiem nie zagrali całej płyty, przetykanej doskonale znanymi i lubianymi utworami z płyt poprzednich. Z „A Million Dead Stars” nie zabrakło „Every Gig Has A Neighbour”, “KAM” czy tytułowego zaśpiewanego razem z publicznością, a z „The Third Floor zabrzmiał „Master and the Puppeteer”. Ponadto The Brew nie byłoby sobą gdyby nie zagrało zeppelinowskiego medleya, a także jak zwykle fenomenalnego „Moby Dicka” tegoż – poprzedzonym szalonymi popisami Jasona z grą na gitarze na plecach oraz smyczkiem po jej strunach, a następnie totalnym „zwierzakowaniem” Kurtisa na bębnach. Zupełnie jakby na chwilę z największej orkiestry świata zstąpił sam John Henry„Bonzo” Bonham.

The Brew nie zawiodło, wróciło w wielkim stylu i ponownie, nawet jeszcze bardziej niż przy poprzednich koncertach w Uchu, zachwycili i porwali w przepiękne czasy, kiedy muzyka miała duszę i była wszystkim. Kismet Ryding znakomicie stąpa po wyrobionej przez nich ścieżce i mam nadzieję, że również o tych Brytyjczykach będzie się mówiło z takimi samymi wypiekami na twarzy jak mówi się o The Brew. Ten zespół to petarda, zbudowana na silnych filarach, nieprzemijalnych inspiracjach i ogromnych połaciach zaraźliwej energii, a B90 do takich koncertów jest wręcz stworzona i oby było ich tam jak najwięcej.