Ozzy Osbourne (Gdańsk, Ergo Arena 09-08-2011)

To był najważniejszy koncert dla fanów ciężkiego brzmienia w Trójmieście od pamiętnego występu Iron Maiden w Hali Olivia równe ćwierć wieku temu. W końcu doczekaliśmy się nowoczesnej hali z prawdziwego zdarzenia, więc dołączyliśmy do grupy „koncertowych” miast takich jak Warszawa, Katowice czy Łódź. Historyczne wydarzenie, Książę Ciemności we własnej osobie, Ozzy Osbourne z zespołem zagrał 9 sierpnia w Ergo Arenie.

Zanim pierwszy wokalista Black Sabbath pojawił się na scenie, przez pół godziny swoimi dźwiękami raczyła warszawska Maqama. Grupa w zasadzie nikomu nie jest znana, więc tym bardziej mieli ciężkie zadanie przed sobą. Może i nie porwali publiczności, ale muszę przyznać, że wyszli z tej potyczki obronną ręką. Najmocniejszym punktem Maqamy jest Kamil Haidar, wcześniej wokalista promowanej przez Sweet Noise grupy Shahid. Warto zwrócić na niego uwagę, jego głos nadawał piosenkom zespołu dużej mocy. Wokal Kamila momentami przenosił muzykę grupy w klimaty Pearl Jam, a nawet… Billy Idol. Panowie swój set zakończyli „Whole Lotta Love” Zeppelinów. Ukłon w stronę klasyki, nie mieli się czego wstydzić.

Równe pół godziny później zabrzmiał fragment „Carmina Burana” i ruszyła maszyna pod batutą Ozzy’ego. Trzeba przyznać, że dziadek jest w fenomenalnej formie i daje radę jak niejeden młodzieniaszek. Nie wiem czym go faszerują przed koncertami, ale robią to skutecznie. Co prawda w połowie występu zszedł ze sceny by dać szansę popisać się gitarzyście i perkusiście, ale nie było widać ani słychać, że te półtorej godziny to dla niego ogromny wysiłek. Osbourne głos ma mocny, ciągle zachęca do skakania czy klaskania, nie obyło się też bez szaleństw w stylu polewania ludzi wodą z wiader czy pianą z sikawki. Nie zmienia to jednak faktu, że koncerty Ozzy’ego to starannie wyreżyserowane, profesjonalne show od pierwszej do ostatniej minuty. Jednak czy to coś zmienia? Nie! Najważniejsza była muzyka. Nie uraczono nas żadnymi fajerwerkami czy inną szopką. Nawet za plecami muzyków nie pojawił się żaden banner. Za to hala sama z siebie zrobiła show – na jednym z bocznych filarów odbijał się ogromny cień perkusisty Tommy’ego Clufetosa.

Pomimo tego, że był to koncert promujący najnowszy album „Scream”, w setliście nie znalazły się żadne piosenki z tego albumu. Ozzy skupił się na starszej części swojej twórczości, do płyty „No More Tears” z 1991 roku włącznie. Nie mogło zabraknąć także piosenek z repertuaru Black Sabbath. Zabrzmiały utwory z kultowego albumu „Paranoid”, z zamykającym koncert numerem tytułowym i „Iron Man” na czele.

Obawiałem się, że na scenie pojawi się zmęczony życiem legendarny rockman odcinający kupony od przeszłości, ale okazało się, że Ozzy ma tyle energii co młodsi koledzy z zespołu. Ergo Arena również sprawdziła się jako miejsce do ciężkiego grania, chociaż można narzekać na jej akustykę. Dźwięk wracał z denerwującym pogłosem, niskie tony gdzieś umykały. Jednak to co najważniejsze było słychać tak jak trzeba – mocny głos Ozzy’ego oraz szaleńcze riffy i solówki grane przez Gusa G, który godnie przejął obowiązki Zakka Wylde w zespole Osbourne’a.