Pidżama Porno (Sopot, Scena 23-01-2016)

Chociaż jedna z najpopularniejszych piosenek Pidżamy Porno mówi „rock’n’roll umarł”, po sopockim koncercie trudno się z tym zgodzić. Zespół, w rozbudowanym składzie, dał niezapomniany koncert, zakończony dwoma bisami.

Występ w sopockim klubie Scena zaczął się z tradycyjnym półgodzinnym opóźnieniem. Fani byli jednak cierpliwi. W końcu, ok. 21:30, zespół wszedł na scenę, jednak nie jako trio (Kozak, Kuzyn i Grabaż), ale skład rozbudowany o dwóch panów znanych ze Strachów na Lachy (Lo i Maniek). Chociaż w internecie pojawiały się wpisy o zbyt wysokiej cenie biletów, publika dopisała, w nagrodę otrzymując trwający ponad półtorej godziny niesamowity koncert. Po 30 latach istnienia można by się też spodziewać pewnego zmęczenia materiału ze strony członków Pidżamy, jednak nic takiego nie miało miejsca – panownie spisali się na medal, przekazując energię i profesjonalnie odtwarzając najpopularniejsze kawałki. Sam Grabaż, oczywiście występujący w swoim „firmowym” szapoklaku, bynajmniej nie przejawia braków wokalnych, które mogłyby wynikać z tak długoletniej pracy głosem, wręcz przeciwnie – powiedziałabym, że im Grabowski jest starszy, tym jego śpiew brzmi stabilniej i czyściej.

pidzama porno scena sopot

Każdy kawałek był rozpoznawalny, a publiczność chętnie wtórowała Grabażowi, zachęcana przez cały zespół, a nawet technicznego. Zagorzali fani, jak sądzę, z niecierpliwością czekają na kolejny album, którego niestety nie widać aż od 11 lat, jednak wciąż na koncerty Pidżamy przychodzą tłumy, i to należące do różnych pokoleń. Teksty Grabaża są bowiem na tyle uniwersalne, że każdy może je odnieść do swoich czasów i sytuacji. Dla mnie Pidżama Porno (oraz oczywiście Strachy Na Lachy) to rockowa poezja śpiewana (zresztą twórczość Grabowskiego ukazała się również jako tomik wierszy – „Welwetowe swetry”), warta uwagi nawet z polonistycznego punktu widzenia, wielopłaszczyznowa, pełna zaskakujących metafor i porównań, ale na tyle przystępna, że trafiająca do każdego, kto woli sztukę w cięższym brzmieniu niż radiowe hity.

Zespół wykonał w sumie 24 utwory, w tym dwa bisy. Pojawiły się takie kawałki, jak m.in.: „Kocięta i szczenięta”, „Outsider”, „Bal u senatora”, „Taksówki pędzą w poprzek czasu”, „Kotów kat ma oczy zielone” czy „Ezoteryczny Poznań”. Wśród 5 piosenek przypadających na 2 bisy usłyszeliśmy m.in. „Twoją generację” oraz „Nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości”. Publika wydawała się w pełni usatysfakcjonowana, zwłaszcza że Grabaż wyszedł po koncercie do fanów i chętnie dawał autografy czy pozował do zdjęć. Mimo wszystko jednak pozostał niedosyt i fani na pewno z niecierpliwością będą czekać na kolejne spotkanie z zespołem, a zwłaszcza na nowy album.

Sam klub Scena jest ciekawie zaprojektowanym miejscem, które łączy różne rodzaje muzyki. Lewą stronę wyposażono w parkiet i puszczano muzykę – ogólnie mówiąc – popularną, prawą zaś przeznaczono na koncert Pidżamy oraz w przyszłości inne zespoły, nie tylko rockowe (planowane są występy m.in. Kazika, Renaty Przemyk czy rapera Tedego). Części rozdzielały bar oraz szatnia, a konstrukcja klubu powodowała, że muzyka z jednej sali nie była słyszalna w drugiej i nie przeszkadzała w zabawie żadnej z grup. Publika mogła ustawić się przy samej scenie oddzielonej barierkami lub wybrać wygodną lożę na antresoli, na przeciwko sceny. Chociaż bilety za te miejsca były droższe, i to nie odstraszyło tych fanów, którzy woleli posłuchać koncertu w spokojniejszych warunkach. Ponadto można było zająć pozycję siedzącą również na poziomie sceny, pod ścianami – dzięki wygodnym kanapom i stolikom. Dla palących otwarto również taras z pięknym widokiem na plażę. Jedyny minus to, moim zdaniem, zbyt mała przestrzeń między sceną a barierkami, co uniemożliwiało wejście fotografom i ewentualne przepychanie fanów za barierkę podczas crowd surfing (publika nie omieszkała tego sprawdzić).

Pozostaje nam więc czekać na kolejny album i oczywiście na równie wspaniałe koncerty tego kultowego już zespołu. Do zobaczenia – mam nadzieję – niebawem.