Strachy na Lachy (Gdynia, Ucho 01-03-2019)

Chyba każdy szanujący się fan polskiego rocka zna przynajmniej refren którejś z piosenek Grabaża. Ten charyzmatyczny wokalista ponownie zawitał na deski sceny gdyńskiego Ucha, tym razem z grupą Strachy na Lachy.

Zespół istnieje od 2001 roku (jak można przeczytać na jego oficjalnej stronie) i, moim zdaniem, stanowi – obok Pidżamy Porno – najbardziej rozpoznawalną formację Grabaża. Do tej pory Strachy wypuściły 17 krążków. I chociaż ostatni ukazał się dwa lata temu, popularność zespołu nie słabnie, o czym mogliśmy się przekonać na wczorajszym koncercie.

Bilety – chociaż jak na polski zespół, niekoniecznie najtańsze – wyprzedały się co do jednego, mimo braku supportu. Ale w przypadku Strachów na Lachy dodatkowy zespół wydawał się zupełnie zbędny – energia Grabaża i reszty składu, interakcja z publiką oraz aktywność słuchaczy wystarczyły, by uznać koncert za absolutnie wart swojej ceny i poświęconego mu czasu – prawie dwóch godzin grania, w tym dwukrotnego wywołania bisów.

A wśród utworów znalazły się takie hity, jak: „Twoje oczy lubią mnie”, „Czarny chleb i czarna kawa”, „Piła tango”, „Krew z szafy”, „Co się z nami stało”, „Żyję w kraju” (niektórych jakże aktualnych…), „Katastrofa szczęścia” czy „Dzień dobry, kocham cię”. „Piłę tango”, zagraną prawie na sam koniec koncertu, fani wywoływali od pierwszych chwil jego trwania i – jakby w nagrodę za cierpliwość – zaśpiewali samodzielnie całą pierwszą zwrotkę oraz refreny. Grabaż zachęcał też publikę do klaskania, ale wydawało się to zupełnie zbędne – każdy wiedział, po co przyszedł: po dobrą zabawę, po to, by usłyszeć/zaśpiewać prowokujące do refleksji teksty oraz szybko wpadające w ucho, acz niekoniecznie czasem banalne melodie. Do tego przestrzeń muzyczna stworzona dzięki selektywnemu nagłośnieniu lokalu, ale i dość nietypowemu instrumentarium: ukulele, harmonijce czy irlandzkiemu fletowi (irish tin whistle).

Jeśli chodzi o same teksty Grabowskiego, które zresztą ukazały się w kilku tomikach poetyckich (m.in. „Welwetowe swetry” czy „Na skrzyżowaniu słów”), przyznam szczerze, że mam z nimi pewien problem. Trudno bowiem, z jednej strony, nie przychylić się do opinii, że niektóre frazy Grabaża są zaskakujące, trafne, a środki poetyckie ciekawie zastosowane; że z powodzeniem można i warto potraktować je jako wiersze do analizy. Z drugiej – bywają nieco grafomańskie, kiczowate, banalne. Bez wątpienia natomiast prezentują dość rozpoznawalny styl autora, podobnie zresztą jak muzyka, i to zarówno Strachów, jak i Pidżamy. Ale to już temat na inny artykuł.

Co do Pidżamy jeszcze – na piątkowym koncercie Grabaż zapowiedział się z październikową wizytą i nową płytą, której – przyznam – bardzo jestem ciekawa. Zatem do zobaczenia jesienią, również w gdyńskim Uchu.