John Porter: Helicopters ’45 (Gdańsk, Stary Maneż 11.11.2025)

Już sam tytuł koncertu sugerował, że jego głównym tematem będzie album wydany w 1980 roku przez zespół Porter Band. Słynne „Helicopters” powstało w czasie, kiedy wydawało się, że chcąc usłyszeć w radio jakikolwiek utwór rockowy polskiego wykonawcy, słuchacz jest skazany na tracące na świeżości bluesrockowe granie spod znaku Breakoutu, pogodną twórczość przebrzmiewających już Czerwonych Gitar czy Skaldów, bądź przydługie konstrukcje nabierające cech hard rocka (w przypadku Budki Suflera), bądź progresywki (tu przodowało SBB, ale w krok za nim szli naśladowcy tacy jak Exodus czy Ogród Wyobraźni). Aż nadszedł rok 1980, kiedy niemal zupełnie znikąd pojawiła się płyta zespołu dowodzonego przez Walijczyka Johna Portera (w latach 1977 – 1979 wraz z Korą i Markiem Jackowskimi grał w zespole Maanam Elektryczny Prysznic), któremu towarzyszyli muzycy wrocławskich zespołów Nurt i Stalowy Bagaż – gitarzysta Alik Mrożek i basista Kazimierz Cwynar, zasileni przez perkusistę Leszka Chalimoniuka (który zaraz po nagraniu płyty wyemigrował do USA, zastąpił go Wojciech Morawski). Płyta zawierająca dziewięć piosenek autorstwa Portera, z których każda stanowiła kompletnie nieznaną dla polskiego słuchacza historię. Nie można powiedzieć, żeby była to płyta jednoznacznie punkowa, nowofalowa, czy pop rockowa (choć utwory przejawiały cechy tych stylów), ale na pewno wpisywała się w tendencję powrotu do formy piosenki zauważalnej w ówczesnej muzyce popularnej USA i Wielkiej Brytanii. Przez wielu słuchaczy i dziennikarzy uważana jest za swoisty Rubikon na drodze do rockowego boomu lat ‘80. Za świadectwo, że w Polsce też dało się nagrać płytę nie ustępującą w niczym produkcjom zachodnim. Zarówno dalsze losy Porter Bandu jak i samego lidera były dość burzliwe i nie do końca jest to artykuł monograficzny poświęcony któremukolwiek z nich. Dość powiedzieć, że w bogatej karierze Portera płyta z 1980 r. zajmuje poczesne miejsce.

Pierwsze podejście do celebracji płyty „Helicopters” miało miejsce w pandemicznym 2021 roku, kiedy w składzie towarzyszącym Porterowi znaleźli się muzycy tacy jak Olaf Deriglasoff, Oskar Podolski czy gitarzyści Kev Fox i Piotr „Rubens” Rubik. Niestety, nie było okazji usłyszeć tego składu w Trójmieście, a całe przedsięwzięcie zakończyło się stosunkowo szybko, wobec czego nie jestem w stanie wiele o tym napisać.

Koncert, który odbył się w Starym Maneżu wieczorem 11 listopada stanowił element trasy Helicopters ‘45. Pierwsza rzecz, która mnie podczas tego koncertu zaskoczyła to krzesła, którymi zastawiona była sala klubu podczas tego wydarzenia, a zapowiadało się ono na pełne energii. I tak też było. Zespół wszedł na scenę pięć minut po dziewiętnastej. I absolutnie nie zawiódł pokładanych w nim nadziei.

Po pierwsze, piosenki z płyty „Helicopters” cały czas się bronią. Podczas koncertu zagrane zostały wszystkie utwory z płyty: galopujące „Ain’t Got My Music”, „Refill” czy „I’m Just A Singer”, neurotyczne wręcz „Newyorkcity”, bardziej stonowane „Northern Winds”, „Garage”, swobodne „Crazy Crazy Crazy” i „Helicopters”, czy wzruszająca ballada „Life” poprzedzona przez Portera dygresją na temat tego jak odbierają ją fani, zwłaszcza w obliczu takich turbulencji życiowych jak rozwód czy hospicjum. „Myślę, że dla takich słów i sytuacji warto jest robić to, co robimy.” – podsumował dygresję John. Nie zabrakło także paru singli z epoki: smutnego „Fixin’”, pulsującego „Brave Gun” czy nerwowego boogie „Aggression”. Zabrzmiały również dwa nowe, premierowe utwory: pierwsza nieco bluesowa zapowiedziana jako „Rewolucja w burdelu”, druga zaś pod tytułem „I Don’t Wanna Talk About It” wiedziona wibracją mogącą się kojarzyć z twórczością Neila Younga z czasów CSNY. Innymi słowy, piętnaście świetnych piosenek zagranych w formach bliskich oryginału, ale bez zabawy w kaligrafie czy kolorowanki.

I tu przechodzimy do punktu drugiego. Po drugie, świetnie sprawdził się zespół. Skład został sprowadzony do niezbędnego minimum: oprócz Johna Portera na scenie znaleźli się gitarzysta Krzysztof Łochowicz (znany m. in. z zespołu Darii Zawiałow), basista Jacek Szafraniec (współpracował m.in. z Muńkiem Staszczykiem czy Anią Dąbrowską) i perkusista Robert Rasz (grał m. in. z Gabą Kulką czy Melą Koteluk). Na szczególną uwagę pośród równych zasługuje Szafraniec, bowiem „Helicopters” to płyta, którą w większym niż cokolwiek stopniu prowadzą linie gitary basowej Kazimierza Cwynara – raz charakteryzujące się gęstą motoryką, innym razem pulsującym ostinato, kiedy indziej po prostu płynące specyficznymi synkopami. I w tych liniach Cwynarowego basu odnalazł się Szafraniec świetnie, nie dając jednak odczuć, że spełnia zadaną przez kogoś robotę. I, jakkolwiek zarówno Rasz, jak Łochowicz wywiązywali się świetnie ze swoich zadań (Rasz zapewniał należne utworom perkusyjne groove’y zbliżone do zamysłów Leszka Chalimoniuka, zaś Łochowicz – uzbrojony w skromny, acz biorący arsenał poruszał się zgrabnie wokół naznaczonych przez Mrożka gitarowych tematów) to – moim zdaniem – największa odpowiedzialność spoczywała właśnie na Szafrańcu, który poradził sobie wzorowo. W ostatecznym ujęciu należy odnotować, że piosenki z legendarnej płyty zostały zagrane z dużym szacunkiem do oryginałów, ale jednak z pozostawieniem pewnej przestrzeni dla instrumentalistów (na tym polu wyróżniał się „Brave Gun” z rozimprowizowaną solówką Łochowicza). No i na pewno nie można instrumentalistom (Szafraniec i Łochowicz dodatkowo dostarczyli chórki w kluczowych momentach) zarzucić braku zaangażowania – czuć było energię również od nich. Mam nadzieję, że ten skład zostanie u boku Johna na dłużej.

Po trzecie, genialnie poradził sobie sam John Porter. Nie wiem na czym to polega, ale za każdym razem gdy go widzę, mam wrażenie, że ten człowiek kwestionuje zasady zużycia biologicznego organizmu. Mając na karku „trzy ćwierci” jest istnym wulkanem energii, którą niemal w całości oddaje publiczności. Gdyby podłączyć go do sieci miejskiej – nagle okazałoby się, że znalazło się rozwiązanie kryzysu energetycznego trapiącego naszą ojczyznę (która notabene odmówiła Porterowi przyznania obywatelstwa). A tak już bez żartów, John Porter prowadził ten koncert jak mistrz, nie przesadzał z wysmakowaną konferansjerką, wokalnie sprawdzał się świetnie, a przy tym zapewniał utworom unikatowy groove gitary akustycznej. Pod względem wokalnym może również poszczycić się unikatową barwą głosu, którego umie użyć w sposób najwłaściwszy dla utworu. I na pewno nie stał nieruchomo przywiązany do statywu jak wielu polskich wykonawców, a jego ruchy sprawiały wrażenie spontanicznych, niewystudiowanych, na pewno nie była to przećwiczona choreografia. I nawet jeśli zdarzyło mu się raz czy dwa umieścić akord w złym miejscu na gryfie lub nie dociągnąć wokalnie w paru miejscach – nie przeszkadzało to wcale. Jest masa wykonawców, za których wokalnie dociąga taśma. A tu wszystko działo się w czasie rzeczywistym. Trochę żałuję, że nie wystąpił z gitarą elektryczną – widziałem go w 2011 r. w wersji z beatlesowskim Rickenbackerem w toku trasy promocyjnej świetnego albumu „Back In Town” i po prostu mordował brzmieniem. Ale co się odwlecze… Jeśli chodzi o Johna Portera – nieustannie będę żądał bisu. Zwłaszcza biorąc pod uwagę krajową tzw. konkurencję…

Po czwarte, bogate i soczyste brzmienie albumu „Helicopters” oddane zostało z dużą wiernością. Specyficzne brzmienie albumu oparte na starannym ułożeniu instrumentów niejako w warstwach czy planach zostało z dużym sukcesem odwzorowane w warunkach koncertu. Nie jest to kwestia li tylko tego, że Stary Maneż jest świetnie zaadaptowanym akustycznie miejscem, ale wymaga to również pewnej kooperacji ze strony realizatorów dźwięku, którzy stanęli na wysokości zadania. Pewnym dowodem uznania jest – moim zdaniem – uwzględnienie nazwisk realizatorów dźwięku, monitorów i światła w informacji prasowej w dowód uznania ich wkładu w ostateczny kształt projektu. Part of the crew – part of the ship…

W kwestii podsumowania mógłbym napisać wiele rzeczy. Na pewno mógłbym napisać o tym, że był to świetnie zagrany i zrealizowany koncert. Na pewno mógłbym napisać, że John Porter po raz kolejny udowodnił swoją wartość, zarówno przeszłą, jak i teraźniejszą, a i jakieś prognostyki na przyszłość się pojawiły (oby!). Na pewno było mógłbym napisać, że to wybitne uświetnienie Dnia Niepodległości Polski – miejsca, które John Porter wybrał sobie do mieszkania, jak sam wspominał (i które odmówiło mu swego czasu obywatelstwa).

Ale nie to jest najważniejsze.

Najważniejsze jest to, że patrząc na tę część publiczności, która doświadczyła oświecenia w postaci wydania „Helicopters” w 1980 r. widziałem w ich oczach i otwartych z podziwu ustach ten sam zachwyt, który zapewne wyrażali, kiedy po raz pierwszy słyszeli w Polskim Radiu „Ain’t Got My Music”, czy „Refill” (genialny kawałek zagrany tego wieczora dwukrotnie). Widziałem takie same zachowania, jak te, które mogły były zaistnieć w czasach pierwszych koncertów Porter Bandu, kiedy koncerty odbywały się w salach zawalonych ciasnymi krzesełkami kinowymi. I – podobnie jak w tamtych czasach – doświadczyłem momentu zbiorowego „powstań!” w kulminacyjnych momentach koncertu! Ci wszyscy ludzie przez tę parę chwil mieli z powrotem te szesnaście tudzież dwadzieścia lat i byli tak samo zachwyceni, jak wtedy. Zakrzywienie czasoprzestrzeni, tak to się chyba nazywa?

Nie obrażę się za powtórkę.