„Waniyetu Wowapi” to trzecia płyta, ale pierwsza epka w historii zespołu Oyate. Wcześniej panowie wydali dwa długograje „Uff…” w 2021 i „Hihi” w 2022 roku. Oba albumy nie były długie, a znajdujące się na nich piosenki trwały średnio jakieś dwie minuty. Pod względem czasu trwania, na „Waniyetu Wowapi” znalazły się najdłuższe kawałki w dotychczasowej historii Oyate. Wraz z długością piosenek podnosi się też ich poziom kompozycyjny. O ile na debiucie raziło mnie to, że sporo utworów nagle się urywa, na drugim albumie było lepiej, ale jeszcze nie idealnie. Tym razem nie mam się do czego przyczepić, a najbardziej cieszy właśnie to, że zespół wyraźnie się rozwija z płyty na płytę. „Waniyetu Wowapi” jest jeszcze o tyle ciekawe, że w zasadzie całość to jeden długi kawałek podzielony na części – poszczególne utwory płynnie przechodzą jeden w drugi. Już początek w postaci „Rezerwat” zwiastuje, że będzie dobrze. To już nie prosty punk rock z indiańskimi zaśpiewami, ale coś więcej. Panowie nie zaczęli nagle grać rocka progresywnego, nie poszli ze skrajności w skrajność, ale tak metalowo jeszcze nie brzmieli. Wszystko mi się tutaj zgadza – od świetnego, chwytliwego riffu, przez pędzące bębny, po ciekawe wokale. Ta pierwsza piosenka płynnie przechodzi w „Ate Wakan Tanka”, czyli w pełni indiański numer, do jakich przyzwyczaili już wcześniej. Pod koniec wchodzi linia basowa i wracamy do gitarowego łojenia. „Buldożer” to – jak sama nazwa wskazuje – ciężka rzecz. To też najdłuższy utwór w historii Oyate. Banjo zwiastuje kolejną część, tym razem ostatni już kawałek zatytułowany „Orzeł”. Jakbym miał zdefiniować te dźwięki, to bym powiedział, że to indiański bluegrass. Żeby było ciekawiej, piosenka oparta jest na rytmie z pierwszego utworu więc jak się zapętli całość, można nieinwazyjnie przejść do początku płyty. Co też warto uczynić, bo „Waniyetu Wowapi” jest najciekawszym wydawnictwem Oyate i aż szkoda, że to tylko epka.

1. Rezerwat
2. Ate Wakan Tanka
3. Buldożer
4. Orzeł
strona internetowa: www.facebook.com/indianpunkband