Gorycz, Mag, BaarRa (Gdańsk, Drizzly Grizzly 20.11.2025)

Nikt pewnie nie będzie szczególnie zaskoczony, że głównym powodem, dla którego wybrałem się w ostatni czwartek do Drizzly Grizzly, była Gorycz. Ich drugi album, “Kamienie”, to moim zdaniem jedna z najlepszych i najbardziej oryginalnych rzeczy jakie wyszły w latach dwudziestych bieżącego wieku. Niedawno wydana płyta “Zasypia”, również jest znakomita i – choć nie zapałałem do niej aż taką miłością jak do “Kamieni” – od kiedy się ukazała towarzyszy mi prawie codziennie. Rzadka sytuacja w dobie makabrycznej nadpodaży dobrej muzyki.

BaarRa

Zostawmy jednak część zachwytów nad Goryczą na relację z ich występu i zajmijmy się kapelami dzielącymi z nią scenę. Wieczór otworzyła BaarRa, czyli grupa zupełnie mi dotąd nie znana. Ich podejście do muzyki bardzo mi pasuje – numery, które rozwijają się nieśpiesznie, przestrzenne brzmienie z wykorzystaniem elektroniki i analogowych przeszkadzajek, lepienie spójnej, interesującej opowieści z umiarem i smakiem, jednak przy użyciu różnorodnych środków. Muzycy wyglądali na trochę spiętych, ale zagrali znakomicie. Kolejny zespół, któremu warto będzie się przyglądać.

Headlinerem koncertu była co prawda Gorycz, ale wydaje mi się, że więcej ludzi przyszło na Maga. To zespół poruszający się w zupełnie innej konwencji niż pozostałe dwa, równie ciekawy, ale chyba odrobinę mniej na serio. Grają muzykę, która nikomu osłuchanemu z Black Sabbath nie będzie zgrzytać. Na tyle chwytliwą, że znaczna część publiczności znała teksty i śpiewała je z wokalistą. Co istotne – Mag ma image, który łatwo skopiować. Czarne peleryny i szpiczaste kapelusze z jakiegoś Action czy innego tego typu sklepu grane były tego wieczora grubo, po obu stronach barierek. Aż przypomina się pamiętny teledysk Immortal “Call Of The Wintermoon”.

Mag

Dobrego występu Goryczy można się było spodziewać. Posłuchawszy ich muzyki trudno nie zauważyć, że to piekielnie sprawni i kreatywni instrumentaliści, którzy w dodatku nie zaniedbują warstwy lirycznej (to niestety nadal bolączka wielu kapel metalowych) i wypracowali własny, unikalny styl. Szczególnie podoba mi się gra sekcji rytmicznej. Zespół z lubością używa złamanych rytmów, jednak bez typowego chociażby dla djentu popisywania się. Gitary nie mają odkręconego gaina – ciężar bierze się tu głównie z kapitalnego brzmienia basu i mocno akcentowanej dynamiki… ale może, żeby już nie rozbijać gówna na atomy, zamknę tę analizę stwierdzeniem, że Gorycz ma zajebisty groove. Gdyby nie to, że rytmika jest u nich tak złożona i różnorodna, byliby świetni do tańca (odważna teza, wiem). Zresztą wokalista lubi sobie potańczyć na scenie. Cóż – on może. W końcu zna te numery na pamięć.

Wszystkie zespoły, które tego dnia zawitały do Drizzly Grizzly, są wyraziste i prezentują wysoki poziom. Koncert, mimo że czwartkowy, przyciągnął dosyć ludzi żeby zrobiła się imprezowa atmosfera. Nawet cholerna wentylacja działała, co w tym akurat klubie wcale nie jest oczywiste. Wszystko się zgadzało, jaram się jak norweski kościół. Dziękuję, pozdrawiam.

Gorycz