Koncert „Młoda Muzyka” był – podobnie jak „Alternatywny Las” – zorganizowany z inicjatywy Gdańskiego Archipelagu Kultury. W ramach wydarzenia wystąpiły dwie utytułowane formacje. Pierwszą z nich była ciesząca się coraz większym uznaniem grupa Alfah Femmes, zbierająca coraz częstsze pochwały ze strony dziennikarzy i gromadząca coraz większe rzesze fanów (Szanowni Czytelnicy rock3miasto.pl wiedzą, że formacja ta nie jest mi obojętna). Drugą grupą był coraz popularniejszy poznański duet Wczasy poszerzony o dodatkowych muzyków (wśród których znalazł się m.in. Bartek „Magneto” Tyciński z legendarnych formacji Starzy Singers czy Mitch & Mitch, ostatnimi czasy odnoszący sukcesy jako kompozytor muzyki filmowej) występujący jako Wczasy Orkiestra.

Niestety, odniosłem wrażenie, że sobotniego wieczora aura była niepomiernie mniej sprzyjająca leśnym aktywnościom niż w piątek, co w pewnym sensie odbiło się na frekwencji. Również rozpoczęcie sobotniego koncertu nastąpiło z kilkuminutowym opóźnieniem, co jednakowoż nie przeszkadzało mi wcale, jako że sam zmierzałem na koncert trasą przez tzw. miasto, co sprawiło, że trochę się spóźniłem. Jakkolwiek tym razem nie przeszkadzało mi to wcale, parafrazując wokalistę na płycie Kaenżet pt. „Występ”, „Tradycyjnie przepraszamy za spóźnienie, ale musieliśmy poczekać, aż wszyscy przyjdą.”
Krótko po godzinie 20:00 na scenę wyszli Alfah Femmes. Słyszałem ten sekstet w wielu mniej lub bardziej sprzyjających okolicznościach, acz chciałem zobaczyć, jak poradzą sobie w takich warunkach. Po pierwsze, formuła wydarzenia niejako wymuszała skompresowanie seta do wymiarów nazywanych umownie festiwalowymi, co w praktyce wyraża się w konieczności zmieszczenia się w około godzinie, czasami wliczając w to tzw. przepinkę. Po drugie, koncert miał miejsce w przestrzeni jakkolwiek kameralnej, ale jednak plenerowej, przez co inna była dyspersja dźwięku, inne były kąty odbicia, inna była absorbcja fali. Po trzecie, sobotni deszcz pozostawił po sobie wszechobecną w powietrzu wilgoć, która potencjalnie mogła mieć wpływ nie tylko na dyspersję dźwięku, ale też na strojenie instrumentów. Nie lubię nadmiernego eksploatowania cytatów, ale w trzecim aspekcie akurat idealne zastosowanie znalazła zasada „Gra się tak, jak przeciwnik pozwala”, a w tym wypadku przeciwnikiem była zdecydowanie aura.
I co? I Alfah Femmes wyszło z tych niesprzyjających okoliczności absolutnie obronną ręką, by nie rzec w glorii i chwale. Ich występ był żywiołowy, pełen energii, a przy tym dobrze zaśpiewany i zagrany (co ważne o tyle, że dwie pierwsze cechy nie zawsze idą w parze z dwiema ostatnimi). Nawet w tak niesprzyjających okolicznościach przyrody liderka zespołu Zofia Bartoś nie dała uśmiechowi spłynąć z twarzy, ubarwiając występ niepowtarzalną konferansjerką (dywagacje na temat sensowności zakupu nowych opon na nadchodzącą trasę zespołu chwyciły do tego stopnia, że podłapali je nawet artyści z Wczasy Orkiestra; niestety w ich wykonaniu zdało mi się to odgrzewane), czy nienachalnie zagrzewając zespół do gry nie tyle słowem, co własnym przykładem. W rzeczywistości sonorycznej leśnych ostępów najciekawiej zabrzmiał saksofon Michała Jana Ciesielskiego – niezależnie od dogłośnienia, dźwięk samego instrumentu zdawał się krążyć po niecce, w której znajduje się amfiteatr, tworząc wrażenie naturalnego zanurzenia w jego dźwięku zbliżone do tęsknych partii saksofonu z pierwszych płyt Davida Bowie produkcji Tony’ego Viscontiego. Nie znaczy to żeby inni muzycy pozostawali w tyle, o nie. Na pewno świetnym, czytelnym brzmieniem mogła pochwalić się sekcja rytmiczna Tomasz Koper – Przemysław Bartoś (przyjemne brzmienie gitary basowej Bartosia dawało trochę przyjemnego ciepełka w tych niełatwych warunkach atmosferycznych), a również śpiewający gitarzysta Jakub Zwolan i klawiszowiec Michał Wandzilak imponowali opanowaniem i pewnością ruchów. Znać profesjonalistów.
To wszystko sprawiło, że nieoczywisty, wysublimowani, a miejscami wręcz delikatny repertuar zespołu zabrzmiał w Teatrze Leśnym co najmniej dobrze. A wypadałoby powiedzieć, że selekcja piosenek na ten wieczór obejmowała przede wszystkim utwory z wydanej w tym roku drugiej płyty długogrającej zespołu „Banned From Poland”. I tak zabrzmiały z niej „Carnations” – piękny utwór o gniciu, zazdrosne „I Wouldn’t Bother”, żwawe „Apuncalypso”, ironiczne „Most Awesome Website In The World”, radosne „Smile” zaśpiewane „w duecie typu Fleetwood Mac” z Jakubem Zwolanem (swego czasu głównym wokalistą The Fruitcakes), spokojne „Trench Coats”, postpunkowe „Milking Blood”, a także zapowiedziane jako „tryptyk użalania się nad sobą” czyli „I Am A Boob”, „Creative Instructions On Burning Old Photographs (Here’s To All The Women)”, a także genialny rozpędzony „Scratch and Deploy” z płyty „No Need To Die” (niemy świadek moich nieudacznych prób biegaczych jeszcze w pandemii 2020 r.). Poza tym w zestawie znalazły się jeszcze utwory „Skunks” z debiutu i „Dumb” z EPki „I Wouldn’t Bother”. Po około godzinie zespół podziękował, pozostawiając nas – jak to ma w zwyczaju – z poczuciem niedosytu i uczestnictwa w czymś wyjątkowym.
Po Alfah Femmes na scenie zainstalowali się muzycy Wczasów i ich Orkiestry. Zapowiadało się to ciekawie: perkusjonalia, flet poprzeczny, w rękach Tycińskiego pojawił się Fender VI Bass – jeden z moich ulubionych instrumentów, o brzmieniu charakterystycznym dla lat ’60 i nie tylko. Niestety, zdołałem wysłuchać zaledwie jednego utworu, zanim zdałem sobie sprawę, że przegrywam z wszechogarniającą wilgocią oraz przeziębieniem, wobec czego udałem się do domu. A szkoda, bo Wczasy Orkiestra zapowiadały się naprawdę interesująco.
Niezależnie od przyspieszonego zakończenia wieczoru, uważam go za zdecydowanie udany. Mieliśmy możliwość obcowania z dwoma wyjątkowymi podmiotami artystycznymi i to za niewysoką opłatą. Nie było to odgrywanie wyuczonych na pamięć setlist na identycznej co do metra scenie w identycznej przestrzeni eventowej w kolejnym z miast. O nie! Tu coś się działo. Była akcja i była reakcja. Odruch. Życie.
Niewystarczające wykorzystanie wspaniałego i unikatowego obiektu – a takim jest Teatr Leśny – uważam za karygodne zaniedbanie i życzyłbym sobie i nam więcej imprez w tej scenerii. Szczególnie, że mamy co i kogo pokazywać, a przy odrobinie dobrej woli uda się – jestem przekonany – zapiąć to wszystko ze sobą. W imię utrzymania kultury. Nie tylko fizycznej.