Dance Like Dynamite, A Band Called Loaf, Øssad (Gdańsk, Brama Nizinna 24.07.2026)

Czy może być coś lepszego w letni piątkowy wieczór niż koncert w pięknych okolicznościach przyrody? Dla mnie taka opcja okazała się zdecydowanie bardziej sexi niż oglądanie durnych seriali czy łojenie harnasia pod spaloną kiełbasę na grillu. Tym bardziej, że wcześniejsze prognozy pogody zapowiadały niezbyt miłe warunki, ale jak stwierdził Janek z A Band Called Loaf nawiązując do tegorocznego Open’era – „Po Cure’ach odwoływać koncert ze względu na deszcz zwyczajnie nie wypada”. Brama Nizinna i jej scena plenerowa to naprawdę piękne miejsce, bardzo lubię te okolice za brak tłumów i turystów, a to w końcu rzut beretem od ścisłego centrum Gdańska. Minus taki, że ciężko tutaj trafić przypadkiem, brak popularności na pewno wpływa na frekwencję, ale jak dla mnie kameralne koncerty dla w pełni świadomej publiczności mają niezaprzeczalną magię.

Øssad

Na początek zespół Øssad, o którym ciężko znaleźć jakiekolwiek informacje. Okazało się, że to instrumentalne trio, w którym gitarę obsługuje Seb Der Strychen, znany z takich grup jak Oil Stains czy Obywatel Piszczyk. Ciekawa sprawa, że w nazwie mają skandynawskie „ø”, a nie typowy dla wielu zespołów germański umlaut „ö”. Pasuje to do nich, bo ci panowie nie chodną dobrze wydeptanymi szlakami, tylko wolą przedzierać się przez chaszcze. Ich muzyka łączy w sobie stonerowe elementy z poszukiwaniami płynącymi w stronę wyimprowizowanych form. Tam gdzie ich w danej chwili poniesie, tam też właśnie zawędrują.

A Band Called Loaf

Środek stawki należał do A Band Called Loaf, które także jest triem, ale w przeciwieństwie do Øssad, ich utwory mają bardziej tradycyjny, piosenkowy charakter, nie są też instrumentalne. Też można się w ich muzyce doszukać stonera, a także grunge’u i zbliżonych klimatów. Większość ich kawałków płynie bardzo leniwie, momentami bałem się o to, że się zaraz zatrzymają i zawieszą. Nie wiem czy panowie są fanami śmiesznych papierosów, czy po prostu z pełną świadomością chcą tak grać, ale odniosłem takie właśnie wrażenie, a nie inne. Mają też w swoim repertuarze szybszy numer, który zagrali jaki przedostatni i najbardziej mi zapadał w pamięć, może właśnie dlatego, że się wyróżniał na tle reszty.

Dance Like Dynamite

Trzecim i ostatnim zespołem tego wieczoru było już nie trio, a kwartet w postaci Dance Like Dynamite. Gdzieś im się zapodział obsługujący elektroniczne ustrojstwa Radek Moenert, nie wiem czy to chwilowe czy na stałe. Zespół skupił się w głównej mierze na swojej najnowszej, wydanej pod koniec zeszłego roku płycie „Sztuka Korozji” i w warunkach koncertowych materiał ten brzmi równie dobrze jak na płycie – a na płycie brzmi wyśmienicie. Album ten jest prawdziwą perełką, szkoda, że niedocenioną, ale nie zawsze najmocniej błyszczy to co najpiękniejsze. W utworach Dance Like Dynamite podoba mi się to, że każdy jest jakiś, każdy ma konkretny tekst warty przemyślenia. Warstwa liryczna potrafi poruszyć do refleksji i nawet wakacyjne okoliczności przyrody wokół Bramy Nizinnej nie wpłynęły rozprężająco na odbiór. Na zespół także, pomimo konkurencyjnej imprezy kawałek dalej, która może nie zagłuszała, ale na pewno nie sprzyjała koncentracji. W Dance Like Dynamite każdy muzyk jest inny, ale też wszyscy tworzą jedną całość. Każdy z nich jest doświadczonym zawodnikiem, znającym się na swoim fachu, jak to się ładnie mówi – pełna profeska. Wszystko się u nich zgadza, zarówno od strony doskonałej warstwy muzycznej, jak i wizerunkowej. O wielkości zespołu nie świadczą duże koncerty, ale właśnie podczas małych wydarzeń można poczuć prawdziwy charakter artystów, czy żyją swoją muzyką czy traktują ją mechanicznie jak pracę na taśmie w fabryce. Członkowie Dance Like Dynamite to zdecydowanie ta pierwsza opcja. Dziękuję Wam za Waszą muzykę, Wasze emocje, za to że Wam się chce. Bardzo to doceniam i wracam do słuchania „Sztuki Korozji”, bo odkrywam w tej płycie ciągle coś nowego.