Solowe płyty zazwyczaj dzielą się na dwa rodzaje. Mamy albumy zbliżone do zespołowej działalności danego muzyka, bez większych rewolucji i niespodzianek, od biedy mogłyby zostać wydane pod szyldem grupy, w której działa. Są też takie płyty, które pokazują artystę z innej, nieznanej dotąd szerzej strony, bywają zaskoczeniem dla słuchacza i niczym sowy z Twin Peaks nie są tym, czym się wydają (a raczej nie tym czego człowiek się spodziewał). Z tą drugą opcją mamy do czynienia w przypadku płyty „Muzyka do fantomowego filmu” Marcina Gałązki, gitarzysty znanego z gry w projektach Tymona Tymańskiego, czy w takich zespołach jak Mulk i Me And That Man. Nie jest łatwo dotrzeć do tego albumu (można znaleźć go tylko na kanałach YouTube i Soundcloud Marcina), ale zapewniam, że warto poświęcić te kilka kliknięć.
Już sam tytuł albumu naprowadza nas na odpowiednie tory. To płyta, która nie zawiera piosenek, to muzyka w której dźwięki pełnią rolę pędzla, a poszczególne utwory to ruchome fragmenty składające się w ramową całość obrazu. Ten tytułowy, fantomowy film nie jest rzeczą do bezmyślnego bingowania w streamingu, a do uważnego odpalenia naszej wyobraźni. To obraz dość posępny, oniryczny, intymny, to nie blockbuster z milionowym budżetem. To opowieść o nas, o naszej wrażliwości, wędrówce przez życie i w głąb siebie, o nostalgicznych wspomnieniach.
Marcin Gałązka przy udziale gości stworzył muzykę minimalistyczną, ale pełną przestrzeni na wciągnięcie słuchacza w tworzenie własnej wersji opowieści. Dobór takich, a nie innych muzyków ma na tej płycie ogromne znaczenie. To osoby, z którymi Marcin gra od lat, które są częścią jego świata i dzięki temu potrafią się doskonale w tym wszystkim odnaleźć. Michał Jan Ciesielski na saksofonie, Szymon Burnos na klawiszach, Tymon Tymański i Przemysław Bartoś na basie, Alan Kapołka i Łukasz Kumański na perkusji. To nazwiska, które od lat przewijają się w uniwersum Marcina Gałązki. Ich udział to tylko i wyłącznie wartość dodana, bez nich nie byłoby „Muzyki do fantomowego filmu” w takiej właśnie formie. Większość gości wywodzi się ze środowiska jazzowego i na płycie słychać wyraźnie piętno tego gatunku, ale to muzyka, która płynie swoim rytmem wymykając się klasyfikacji gatunkowej.
Kiedy już zapadłem mocno w fotelu i wydawało mi się, że ugościłem się w płycie Marcina na dobre, to w pewnym momencie, niczym w filmie Lyncha, zostałem wyrwany z kapci zwrotem akcji. Ten fragment to „Przejście samobójców” rozpoczynający się od dźwięku przejeżdżającego pociągu. Utwór jest pełen niepokoju, rozedrgania, aż zaczynasz wczuwać się w to co może targać osobą, która chce się rzucić na tory. Kolejne dwa, kończące całość utwory 7 i 8 utrzymują nas w tym klimacie, ale to już krajobraz po tragedii. Jeśli jakaś płyta wywołuje emocje, to artysta spełnił swoją powinność. Druga połowa „Muzyki do fantomowego filmu” wykopała mnie ze strefy komfortu, poczułem się nieswojo, do końca albumu byłem poruszony. Nieczęsto dźwięki wprowadzają mnie z zaskoczenia w taki stan. Co jest najlepszą rekomendacją dla wyjątkowości projektu jakim jest „Muzyka do fantomowego filmu”.

1. 1
2. Brzuchomówca
3. Widmo
4. Kierownik jeziora
5. 5
6. Przejście samobójców
7. 7
8. 8
strona internetowa: marcingalazka.com