Grzesław Nawrocki (Sopot, SPATiF 18.10.2026)

Trudno jest mi znaleźć w Trójmieście (a i w Polsce nie byłoby to łatwe) człowieka równie czarującego jak Grzesław Nawrocki. Podczas niedzielnego koncertu w Spatifie był otwarty na rozmowy, podczas których każdemu poświęcał należną uwagę i atencję, a w kontakcie z nim czuć było autentyczną radość z wydarzenia, jak i z częstych interakcji.

Niegdysiejszy lider nieodżałowanych formacji Ego (ach, przydałaby się reedycja „Światowida”) i Kobiety od kilku lat kultywuje działalność solową zarówno jako samotrzeć chodzący, jak i w ramach przeróżnych duetów, tercetów, oraz innych mniej lub bardziej okazjonalnych formacji (najgłośniej zarezonował bodaj jego duet z Olafem Deriglasoffem). Kiedy jednak przyszło do promocji najnowszej płyty, przewrotnie zatytułowanej „Najpiękniejszy śmietnik” – Grzesław oparł się na stałym, wyborowym (a zarazem wybornym) zestawie współpracowników. I tak – podobnie jak w wypadku wrześniowego koncertu nad Stawem Wróbla w Gdańsku – w Spatifie wsparli go: Macio Moretti na perkusji (od lat filar nieustraszonych Mitch & Mitch, wcześniej m. in. w Antigama, Starzy Singers), Jarosław Marciszewski na basie i gitarze (znany z formacji Popsysze i Remont Pomp), Tomasz Ziętek (współtworzył świetne Loco Star, ponadto grywał w Mitch & Mitch, nieodżałowanych Dick4Dick, a także w wielu składach jazzowych), czy Szymon Burnos (wszędobylski jazzowy pianista, który ostatnimi czasy coraz śmielej poczyna sobie na niwie songwriterskiej jako Sheldon Kafka). Skład zasilili Marsija Ziętek (żona Tomka, znana z Loco Star), a także Marta Żebrowska – Giers i Dariusz Giers.

Piosenki zaś niegdysiejszy lider Kobiet pisze niebywale smakowite, dając nimi dowód nie tylko wielkiej wrażliwości (łapiące za serce „Moja mama ma depresję”, tym razem pełne loureedowskiego wdzięku i majestatu), ale też imponującego osłuchania, intrygującego poczucia humoru (wiedzione nieco eightiesowym rytmem „Bawole serce” z prawdziwie yachtrockową solówką saksofonu Irka Wojtczaka… puszczoną z taśmy), a także świetnego opanowania instrumentu (w tym miejscu nie mogę się zdecydować, czy większe wrażenie zrobiły na mnie nonszalancko wygrywane na tzw. akustyku akordy „brazylijskie” jak np. w „Doskonale tracę czas”, czy psychedeliczne odpały na jazzmasterze w „Kaszubskim szamanie”).

Poza liderem, absolutnym gwiazdorem koncertu był Macio Moretti, który hipnotyzował publiczność swoją grą, tak jak to on ma w zwyczaju. Oglądanie koncertów z jego udziałem zawsze jest jak skok w nieznane, a i tym razem nie zawiódł. Jego żywiołowa, acz również zniuansowana gra na bębnach prowadziła cały koncert z niemal taneczną lekkością. Nie ustępowali mu również inni muzycy (nie widziałem Tomka Ziętka spędzającego tyle czasu za klawiszem bodaj od czasu jego udziału w Dick4Dick) i nie wiem, czy jest to kwestia tego, że był to ostatni koncert trasy, ale bez względu na to, czy był to utwór z nowej płyty, czy evergreeny z repertuaru Kobiet – brzmiało to, jakby grali ze sobą naprawdę długi czas.

Koncert trwał około 90 minut, zaś po krótkim wywołaniu na bisy, formacja zagrała jeszcze „Duchy” (bodajże z płyty Nawrocki Folk Computer Band), a także nieśmiertelny hit Kobiet pod tytułem „Marcello” z refrenem, który potrafi wkręcić się w świadomość i zostać w niej na ćwierć wieku.

Mam wrażenie, że pewną krzywdą było zorganizowanie tego koncertu akurat w niedzielę, która jest raczej średnim dniem na tego typu aktywności, przez co frekwencja nie była tak widowiskowa, choć z drugiej strony ci, którzy przyszli okazali się być absolutnym crème de la crème. Jak nie ilość, to jakość.

Czy niedzielna pora wpłynęła na odbiór koncertu? Wcale. Grzesław Nawrocki i jego muzycy pozostają absolutną ekstraklasą, a wysłuchiwanie ich koncertów jest najdoskonalszym sposobem na stratę czasu. Perfekcyjną formą eskapizmu w tej coraz bardziej nie-za-ciekawej rzeczywistości. Niepozornym misterium wrażliwości, która puchnie w słuchaczach w miarę trwania występu, aż pod koniec wypełnia ich całkowicie, dzięki czemu wychodzą oni z tych koncertów lepszymi.

A przynajmniej tak chciałbym to widzieć…