Holocausto Canibal, HIV, The Chained (Gdańsk, Paszcza Lwa 19.07.2025)

Porównując do innych gdańskich koncertowni, do Paszczy Lwa zachodzę stosunkowo rzadko. B90, Drizzly Grizzly i Pub Torpeda nie dość, że częściej goszczą kapele w moim guście, to jeszcze znajdują się na tyle blisko mojego miejsca zamieszkania, że na dobrą sprawę mogę się do nich wybrać z buta. Tym razem jednak okazja żeby wybrać się do Oliwy była wyjątkowa. Portugalczycy z Holocausto Canibal to nie tylko weterani sceny, ale prawdziwa legenda ekstremalnego grania. Prędzej spodziewałbym się ich na Mysticu, albo w którymś ze wspomnianych już klubów działających przy ulicy Elektryków. To, że trafili akurat do Paszczy Lwa, było tyleż zaskakujące, co przyjemne, bo klub ten znajduje się w cudownych okolicznościach przyrody – nad Stawem Młyńskim. Nie ma w Trójmieście drugiego tak ładnie położonego miejsca, gdzie organizowane są niezależne koncerty. Frekwencja jednak nie urwała tyłka, mimo że cena biletów była bardziej niż rozsądna. Wiadomo, że Holocausto Canibal to nie jest Dawid Podsiadło, ale jednak spodziewałbym się, że na taką kapelę przytarabani się znacznie więcej ludzi. W sumie dla mnie spoko, nie przepadam za ściskiem.

Imprezę otworzył The Chained – fajne, punkowe granie, nieco odstające stylistycznie od reszty line-upu. The Chained zaczął nieco wcześniej niż deklarowany start imprezy – kolejne zaskoczenie. Dali żywiołowy koncert, który – niestety – został przerwany pęknięciem struny, zanim publiczność zdążyła na dobre się rozbujać. Cóż – zdarza się i w niczym nie zmienia to faktu, że to kapela której warto się przyglądać. Fani punk rocka z przełomu lat 70-tych i 80-tych poczują się na ich koncercie jak w domu, jeśli oczywiście nie będzie im przeszkadzać, że w The Chained grają muzycy dużo sprawniejsi niż w większości punkowych klasyków.

Po punkowcach z The Chained na scenę wkroczyli grindcore’owcy z HIV. To grupa, która nie bierze jeńców, mająca w składzie m.in. perkusistę Nuclear Holocaust, czyli kolejnej kapeli, której amatorom gitarowej rzeźni przedstawiać nie trzeba. Setlista składała się z kilkudziesięciu kawałków, których długość wahała się od kilkunastu sekund do mniej więcej półtorej minuty. Pomysł na granie, który zapoczątkował (o ile wiem) wczesny Napalm Death i który jest nadal – jak widać – z powodzeniem wcielany w życie.

Mimo, że supporty dały z siebie wszystko, to jednak headliner bez najmniejszego problemu pożarł ten koncert. To niesamowite, jak świetnie ci – niemłodzi już przecież – kolesie bawią się na scenie, jaką mają w sobie energię i jaka jest między nimi chemia. Kapele z takim stażem często tracą impet – gdy zaczną zarabiać poważne pieniądze dystansują się od tego co robią, wpadają w rutynę, albo zaczynają eksperymentować, co bywa motorem rozwoju, ale równie często prowadzi do przekształcenia się we własną karykaturę. A Holocausto Canibal grają swoje, na absolutnie światowym poziomie, prosto z serca. Był to bez wątpienia jeden z najlepszych koncertów, na jakich w tym roku byłem i jakkolwiek spodziewałem się konkretnego rozpierdolu, to jednak nie aż takiego. Scena z końcówki seta, gdy Orca rzucił się w młyn, wciągając do niego tych, którzy stali po bokach sali, była kwintesencją tej sztuki.

Kto nie dotarł – niech żałuje. Trzymajcie kciuki, żeby Portugalczycy zahaczyli jeszcze kiedyś o Trójmiasto i dali Wam okazję naprawić ten błąd.

Autor tekstu Michał Bleja prowadzi też bloga o książkach michalbleja.substack.com