Ryszard Tymon Tymański – nieco kłopotliwy już-nie-enfant-ale-nadal-terrible polskiej sceny muzycznej wzorem Bruce’a Lee wyprowadza ciosy w różnych kierunkach. A to podejmie studia reżyserskie, a to nagra płytę z coverami, a to postara się kogoś obrazić, a to uraczy nas płytą ze swoimi interpretacjami twórczości jazzmana Theloniusa Monka (zastanawiające – jak różnią się prestiżem te dwie rzeczy: zwykła rockowa płyta z coverami i jazzowy album ze standardami), a to zupełnie znienacka reaktywuje formację Kury w kolejnej, intrygującej inkarnacji… No raczej się ten człowiek nie nudzi. Przejdźmy jednak do meritum.
Powrót Kur na sceny rozpoczął się obiecująco – naprawdę rzetelną reedycją płyty „P.O.L.O.V.I.R.U.S.”, świetnym koncertem na Inside Seaside 2023, podczas którego ten legendarny album zagrany został niemal w całości, w dodatku z udziałem zaangażowanych w niego wokalistów (Grzesław Nawrocki, Olaf Deriglasoff, Jacek Siciarek, Larry Okey Ugwu, a nawet Radowan Jacuniak – basista Bielizny, dla którego słynna „Jesienna deprecha” była jedynym chyba ujawnieniem wokalnym). Konsekwencją dobrego przyjęcia koncertu oraz reedycji była wiosenna trasa koncertowa, po której szeregi zespołu opuścili Jacek Prościński oraz Piotr Pawlak (jedyny w swoim rodzaju gitarzysta i producent znany z unikalnego stylu gry). Koniec końców, w pracy nad płytą towarzyszyli Tymańskiemu: Olaf Deriglasoff – basista, gitarzysta, wokalista i songwriter, który zespołów miał więcej niż głów; Szymon Burnos – jazzowy pianista, wieloletni współpracownik Tymańskiego; Alan Kapołka – młody, utalentowany perkusista znany z Gym Wisdom lub Artificialalice, najmłodszy w składzie. Efekty? Co najmniej obiecujące.
Pierwszym zapowiadającym płytę singlem był „Teflonowy mózg” – zaczynająca się mylącym freejazzowym zgiełkiem cudownie rozrywkowa piosenka Deriglasoffa (przez niego śpiewana, kawał croonera z tego pana) mogąca kojarzyć się zarówno z „Perfect Day” Lou Reeda, jak z „I Will Survive” Glorii Gaynor (cudowne zepsute napchanymi losowo efektami dźwiękowymi jak w „Śmierdzi mi z ust” z „P.O.L.O.V.I.R.U.S.-a”), z tekstem poruszającym w przewrotny sposób kwestię regularnego resetu myśli, jakże potrzebnego w czasach powszechnego przebodźcowania. Drugim utworem (choć trzecim na płycie) dającym przedsmak zawartości longplaya był z kolei „Memento Amoris” – urokliwy spokojny song śpiewany przez Burnosa, który przy odrobinie starań mogliby zaśpiewać zarówno Skaldowie, jak i Sistars (urokliwe wokalizy, których nie powstydziłby się żaden przybysz ani siostra) tudzież Nieodżałowanej Pamięci The Fruitcakes; tekst zaś tego utworu opowiada o zagadnieniu miłości trwalszej nad grób. Trzeci z singli (drugi indeks na płycie, premiera 17 września), „Wiosenny szał” śpiewany przez Tymańskiego prezentuje wesołkowato – debilny podkład w typie niedrogich keyboardów dziecięcych z lat ‘90 przekładany jak farszem ciężkimi syntezatorowo – skreczowymi wstawkami, a wszystko to jako tło do lekko podanego studium rozumowania człowieka cierpiącego na zaburzenie afektywne sezonowe (do której to dolegliwości przyznawał się Tymon m. in. w swojej autobiografii).
To tyle jeśli chodzi o utwory singlowe, umieszczone na pierwszych trzech indeksach, a co dalej?
Na pozycji czwartej świetny ciężar (przełamany nieco kościelnym refrenem) o nieco apokaliptycznym tekście „Babilon upadł” prezentuje nam Deriglasoff (przywołuje to skojarzenia zarówno z dawniejszym „Trygławem” jak z tym, co było udziałem OIafa w Homo Twiście, a także w Deriglasoff Band z czasów „Noży”), rozwijając naprawdę kuszącą wizję rewizji zastanych porządków i erozji ancient regime. Syntezatorowe „Kwanty” (przywołujące późniejszą erę działalności zespołu) proponuje Tymański, przełamując transy refrenami z discopolowym zaśpiewem „o-e-o” oraz płaskoziemczą częścią gadaną (w wykonaniu Olafa i jego córki), aby potem zwolnić w utworze „Leki, leki” – mrocznym, napędzanym powolną perkusją a la Massive Attack, o tekście poświęconym współczesnej lekomanii naszej powszedniej, bogatym w nawiązania do twórczości zespołu Apteka, eksploatującym konkretne rymy niemal do wyczerpania jak PR08L3M (z całkiem niezłym featuringiem od Kosmy Tymańskiego, syna osoby wiadomej). W kolejnym utworze „Mam Tourette’a” powraca charakterystyczna dla dawnych przebojów grupy molowo – durowa melodyka towarzysząca tekstowi na temat „poprawności” treści, znienacka urozmaicona po drugim refrenie cudownie poprawnym estradowym walczykiem, którego nie powstydziliby się nieodżałowani krakowscy estradowcy jak Wodecki, Zaucha czy psychodancingowy Maleńczuk. Oparty na skiffle’owej nieco rytmice „Maneki neko” Deriglasoffa (ze świetnymi breakami Kapołki) to z kolei krótka (za krótka moim zdaniem) piosenka poświęcona modzie na eko, zdrową żywność, well being itp. oraz jej konfrontacji z tak przyziemnymi problemami jak brak funduszy. Z kolei oparty na wesołej muzyczce „Mocz” Tymańskiego (niezawodnego przy wymyślaniu fekalnych tytułów) traktuje o mnożących się ostatnimi czasy teoriach spiskowych oraz ich wyznawcach. „Dziękuję Wam, Przyjaciele” (o zjadliwym i pełnym ironii tekście poświęconym zjawisku „wujków Dobra Rada”, czy innych „kolegów przez duże ch”, których muzyk tak doświadczony jak On musiał spotkać na swej drodze wielu) zawiera też fragment „słuchowiska” przywodzącego na myśl skity Paulusa Mazura z płyty „Wesele” tymonowych Transistorsów, które mają nie mniej oddanych fanów niż wspomniana płyta. Wolniejszym, niemal hiphopowym beatem wchodzi przedostatni utwór płyty – tytułowy „Uno Lovis Party” – po to jednak, by ewoluować w pogodniejsze rejony easy – listeningowego popu, a nawet blendersowego disco o cudownie absurdalnym tekście, trochę jakby „Trujmiasto” z płyty „100 lat undergroundu” połączyły się z refrenem „Śmierdzi mi z ust” w miłosnym uścisku przy miejscowym uzdrowisku, a po latach wychowały dziecko na buddystę (mój mózg wyłączył się awaryjnie w momencie usłyszenia frazy „nie chcemy być schabowi”). Kończąca całość „Pieśń o pleśni” posiada w sobie wiele: czar lennonowskich harmonii, musicalowe refreny, purenonsensowy tekst (w którym poutykane zostały dyskretne nawiązania do przeszłej twórczości grupy), a nawet kończącą całą płytę szeptankę wszechnarratora wzorowaną na zappowskim „Joe’s Garage”. Jest to godny zamykacz tej płyty.
Nie jest to próba wygenerowania nowego „P.O.L.O.V.I.R.U.S.-a”, bo też niektóre rzeczy udaje się zrobić tylko raz, a poza tym po co nagrywać „płytę stanowiącą poprzedniej płyty replay”, jak mawiał poeta szczeciński na literę Ł. Oczywiście, pojawiają się tu klimaty jajcarskie czy kpiarskie siłą rzeczy przywołujące skojarzenia z „płytą, która sp****oli wam życie”, ale sporo jest tu również klimatów bliższych „100 latom undergroundu”, o tekstach dotykających całkiem poważnej nierzadko tematyki. Naprawdę dużo wnieśli młodzi muzycy Burnos i Kapołka, dzięki nim materiał zyskuje polotu i finezji (co nie częste w tym smutnym kraju). Czuć w tym też pewną i wytrenowaną rękę Olafa Deriglasoffa, który zasłużenie plasuje się tutaj jako równoprawny frontman formacji. Również chaos i zniszczenie sypiące się z Tymańskiego zdają się mieć tutaj bardziej uporządkowaną formę niż na jego solowych wypustach, przez co utwory biją mocniej. Dzięki zachowaniu piosenkowego charakteru płyty materiał pozostał czytelny. Nie znaczy to jednak, że pozbawiony jest on śmiałych eksperymentów. Największą zaletą płyty jest bodaj niespodziewany charakter zmian w muzyce – następują one nagle, nie zapowiada ich nic i trzaskają człowieka „WTEM!” prosto w potylicę, albo w ten taki specyficzny fragment mózgu, którego nie potrafię nazwać, a który swędzi w momencie usłyszenia sformułowań typu „nie chcemy być schabowi”. Świeżości i klarowności przydają płycie również produkcja (tu zasługami podzielili się Tymański, Deriglasoff i Burnos), mix Michała Kupicza i mastering Roberta Szydły.
Pochwały należą się również wytwórni S7 Records. Nie jest to płyta wydana w stylu „kompakty w digipackach i cieszyć się tam”, jak to robi wiele wytwórni, nie tylko alternatywnych. Podobnie jak w wypadku dotychczasowych wznowień płyt „P.O.L.O.V.I.R.U.S.” i „100 lat undergroundu” mamy do czynienia z porządną fonograficzną robotą, a mnogość wariantów płyty i towarzyszących jej artykułów (o świetnej jakości wykonania) poraża.
Jestem ciekaw jak wypadnie nowy repertuar w wydaniu koncertowym. Cieszę się, że Tymański tym razem nie postąpił w swoim zwyczaju i nie spalił niespodzianki przez granie nowego materiału przed wydaniem go na płycie (tak jak miało to miejsce w wypadku płyty z coverami Ciechowskiego, czy musicalu „Polskie gówno”) i pierwsze ujawnienie koncertowe nowego materiału nastąpi dopiero w dzień premiery płyty, czyli 19 września w Rzeszowie. W progach gdańskiego B90 zespół zagości 24 października. Warto do tego czasu zapoznać się z zawartością „Uno Lovis Party”, bo parę refrenów ma iście przebojowy potencjał.
Kury wróciły. I dobrze.

skład:
Tymon Tymański – głos, gitary, bas
Olaf Deriglasoff – głos, gitary, bas
Szymon Burnos – głos, instrumenty klawiszowe
Alan Kapołka – perkusja
01. Teflonowy Mózg
02. Wiosenny Szał
03. Memento Amoris
04. Babilon Upadł
05. Kwanty
06. Leki, leki
07. Mam Tourette’a
08. Maneki Neko
09. Mocz
10. Dziękuję Wam, Przyjaciele
11. Uno Lovis Party
12. Pieśń O Pleśni
strona internetowa: www.facebook.com/kuryband