Transgresja, Red Rooster (Gdynia, Ucho/Podwórko.art 24.04.2026)

Ciekawym pomysłem było zestawienie ze sobą dwóch zespołów reprezentujących dosyć odmienne sposoby grania muzyki. Pokazało to, iż nawet w nurcie szeroko pojętego ciężkiego grania różne są gusta i smaki, ale w końcu dane jest nam osiągnąć stan może nie tyle symbiozy, co satysfakcjonującego komensalizmu.

Jeszcze w latach ’90 wokalista R.E.M. Michael Stipe określił Beatlesów mianem „elevator music” czyli muzyki z windy, na co perkusista formacji Ringo Starr odparł, że bardzo szanuje Stipe’a i R.E.M., to dobry zespół, ale gdyby nie Fab Four, to zarówno Stipe, jak i jego koledzy musieliby schodami popylać, bo żadnej windy by nie było. Przemyślenia tego typu naszły mnie, kiedy oglądałem paru pajacy usiłujących najwyraźniej zakłócić występ Red Roostera. Wspomniani pajace nie wiedzieli jednak, że lider formacji Tomek „Snake” Kamiński znosi takie odzywki z godnością od ponad 30 lat.

Red Rooster / fot. Jan Babiński

Według jego słów, był to pierwszy występ zespołu od lat ’90, kiedy to w tym składzie objawili się światu tacy muzycy jak właśnie „Snake”, czy Nieodżałowanej Pamięci Grzegorz Guziński, który swoją świetną angielszczyzną wyniósł performance w ciężkim graniu na wyższy poziom. Czego dowodem są płyty Flapjacka i Homosapiens z jego udziałem, a także płyta „Check This Up!” Roosterów. W obliczu promocji koncertowej reedycji albumu zespół Red Rooster stanął przed niełatwym zadaniem zapełnienia miejsca po koledze, który z oczywistych względów nie mógł w sposób cielesny wystąpić za mikrofonem, wobec czego jego obowiązki przejął „Snake”. Niewdzięczna to sytuacja, kiedy na scenie musisz być jednocześnie głównym wokalistą i gitarzystą prowadzącym. Trzeba jednak przyznać, że Kamiński dobrze sprostał temu zadaniu, w obu aspektach mając jednakowoż pomoc w postaci kolegów z zespołu. Kluczowe kwestie dośpiewywał bowiem basista Grzegorz „Gavior” Gawlik, zaś w partiach gitarowych wspierał go drugi gitarzysta Marcin „Cielu” Kuciel. W obliczu niedyspozycji perkusisty Radosława „Małego” Łuczkowskiego za perkusją zasiadł Arek Wądołowski (grający ze Snakiem w Dance Like Dynamite).

Red Rooster na pewno jest zespołem o dopracowanym, dobrze skomponowanym brzmieniu. Świetnie współbrzmią (i współgrzmią) ze sobą gitary – Les Paul „Snake’a” i SG „Ciela” – a przyjemne pomruki zapewnia basówka Fender Aerodyne „Gaviora”. Mimo ciężaru przesterów, ciepełko wzmacniaczy lampowych przydaje utworom powietrza, co korzystnie wpływa na nie tak proste kompozycje zespołu. Potężnie zabrzmiały choćby klasyczne „Bierut”, „Quarterration”, „Hammer”, czy dedykowana Grzegorzowi „Guzikowi” Guzińskiemu „Different Places”, zaś odmiennego kolorytu dodał niedawno ujawniony polskojęzyczny utwór „NNWŚĆ”, mający potencjał na zostanie przebojem. Widać było po Roosterach lekkie spięcie, ale zarówno dobre przygotowanie i zgranie, jak doping zagorzałych fanów sprawiły, że występ formacji uznać można za co najmniej dobry. Mam nadzieję, że to nie ostatnia okazja do zobaczenia tego składu w Trójmieście. Zespół wchodzi w wysoką formę, a ponadto stanowi cudowny łącznik między historią trójmiejskiej sceny (z nieodżałowanymi klubami takimi jak gdański Burdl, czy gdyńska Buda) ze specyficzną dość teraźniejszością. Polecam!

Transgresja / fot. Jan Babiński

Nie będę okłamywać kogokolwiek, że tego wieczoru pojawiłem się w gdyńskim klubie dla zespołu Transgresja, a to z banalnego powodu – nigdy wcześniej nie słyszałem ani o tej grupie, ani o jego twórczości. Nie znaczy to, że w jakiś szczególny sposób gardzę rzeczoną formacją. Wręcz przeciwnie – Transgresja ma dopracowane koncerty, do których podchodzi poważnie, nie godząc się na półśrodki.

Pod względem wizualnym, zespół postawił na dopracowaną grę świateł z ultrafioletami i stroboskopami włącznie, co uwypuklało barwy czerni i neonowej zieleni, w których utrzymana była identyfikacja graficzna zespołu, obejmująca zarówno logotyp jak i instrumenty stroje muzyków oraz malowidła na ich twarzach. Całości dopełniały dobrane pod kątem repertuaru wizuale wyświetlane na dużym telebimie ponad muzykami współgrające z ich ekspresyjnym zachowaniem.

Pod względem technologicznym mieliśmy do czynienia ze spektaklem na wysokim poziomie. Na scenie pozostały tylko tzw. profilery (cyfrowe urządzenia obsługiwane nogami, wykonujące pracę wzmacniacza, od którego są mniejsze), perkusja i odsłuchy, usunięto zaś wszystko, co mogło przeszkadzać w dobrze przećwiczonym, lecz pełnym energii i ekspresji występie.

Pod względem muzycznym zespół przygotował się pieczołowicie i uważnie (bo tego też wymaga granie do nagranych podkładów umożliwiające uwzględnienie w produkcji koncertowej nagranych wcześniej partii np. syntezatorów bez konieczności zatrudniania nowego muzyka i wynajdowania mu miejsca na scenie), o wysoko skompresowanym dźwięku gitar (za tym akurat nie przepadam), mocnym i czytelnym wokalu w języku polskim. Całokształt pod względem stylistycznym przywoływał u mnie skojarzenia z Linkin Park, wczesną Comą, czy Sweet Noise z okolic „Czasu Ludzi Cienia” – innymi słowy rzeczy, które królowały w świadomości słuchaczy ciężkiego grania u zarania lat 2000. Zręcznie wykonane, aczkolwiek niekoniecznie mój smak. Jakkolwiek ilość ludzi w bluzach czy barwach zespołu (z malowaniem twarzy włącznie) pokazała, że wielu to odpowiada.

W ten sposób po trzech godzinach wychodziłem z Ucha (nie mogę się do nowej nazwy przyzwyczaić) z poczuciem doświadczenia dwóch koncertów, z których jeden dobrze trafił w moje gusta, drugiemu zaś muszę obiektywnie oddać, co mu się należy – był dobrym, wspaniale przygotowanym występem.

Ciekawe, co mnie jeszcze w tym roku spotka…