Hołdys / Waglewski / Karimski Orchestra (Gdańsk, Stary Maneż 16.11.2025)

Na początek parę informacji z tak zwanej historii. Drogi Wojciecha Waglewskiego i Zbigniewa Hołdysa przecinały się wielokrotnie, już od lat ‘60. Obaj zaczynali bowiem od gry na scenach warszawskich klubów studenckich, w których siłą rzeczy składy się mieszały. Z czasem każdy z nich wykształcił sobie mocną pozycję jako zdolny akompaniator w zespołach przydzielanych różnym artystom (Hołdys był jednym z gitarzystów Maryli Rodowicz, później współpracował z grupą Dwa Plus Jeden, Waglewski – oprócz przygrywania solistom – grywał w np. w Orkiestrze Polskiego Radia), w końcu w drugiej połowie lat ‘70. obydwaj zaznali pewnej stabilizacji – Hołdys jako lider Perfectu, Waglewski w zespole Osjan. I tak w początkach lat ‘80. mogli cieszyć się pewną stabilizacją, bowiem Osjan był zespołem grającym muzykę inspirowaną kulturą wschodu, rozpoznawalnym czy wręcz popularnym w zagranicznych kręgach neohipisowskich, a o popularności hołdysowskiego Perfectu powiedziano już tyle, że daruję sobie powielanie.

fot. Adam Kwiatkowski / jakgdybynigdy.pl

Obu panom niezależnie plany popsuło ogłoszenie 13 grudnia 1981 r. stanu wojennego. W atmosferze powszechnego marazmu Hołdys zdecydował się powrócić do studia nagraniowego radiowej Trójki wraz z muzykami różnych formacji (Perfect, Maanam, TSA, Porter Band, Krzak, Breakout, Martyna Jakubowicz), w studio pojawił się również Waglewski. Efektem była płyta „I Ching” (1984) – czternaście utworów, przeważnie kompozycji Hołdysa do niepozbawionych aluzji politycznych tekstów Bogdana Olewicza (pisał dla Perfectu). Jako kompozytorzy wystąpili również Waglewski oraz Andrzej Nowak z Martyną Jakubowicz (teksty dla niej pisał Andrzej Jakubowicz – jej stały tekściarz). W utworach często powtarzał się skład muzyków, w którym Hołdysowi – oprócz Waglewskiego – towarzyszyli basista Perfectu Andrzej Nowicki i perkusista Porter Bandu (wcześniej m.in. w zespole Klan) Wojciech Morawski. Ten skład – jako Morawski Waglewski Nowicki Hołdys – nagrał longplay „Świnie” (1985) – o wiele bardziej agresywnym, mrocznym, o tekstach nacechowanych większą ilością aluzji (tym razem autorstwa Waglewskiego i Hołdysa), od strony muzycznej będącą próbą odpowiedzi na zachodnie produkcje z gatunku „adult oriented rock”. O ile materiał z „I Ching” ze względu na mnogość uczestniczących w nim muzyków skazany był raczej na koncertowy niebyt, o tyle zwarty skład MWNH miał już szanse na realizację występów live. Niestety, album nagrany był w czasie, który zarówno Waglewski jak Hołdys wspominają jako bardzo mroczny. Lał się alkohol, rosły konflikty w zespole. Na domiar złego nie pomagało opóźnianie premiery płyty oraz problemy z cenzurą. W końcu, w 1985 r. Waglewski wraz z Nowickim i Morawskim nagrali pierwszą płytę Voo Voo (odeszli krótko po tym), zaś Hołdys poszedł w swoją stronę. W 1987 r. Andrzej Nowicki wziął udział w reaktywacji Perfectu, zaś od 1994 r. do 1998 r. grał w kolejnej inkarnacji składu, już bez Hołdysa. Zmarł w 2000 roku. Wojciech Morawski grał z różnymi artystami (Maryla Rodowicz, Jan Borysewicz, Zbigniew Hołdys), od kilku lat stan zdrowia uniemożliwia mu grę, przebywa na stałe w Domu Aktora w Skolimowie.

Pierwsze informacje o tym, że Hołdys i Waglewski wracają do grania razem zaczęły do mnie docierać jakoś na etapie 2021 lub 2022 roku. W końcu 2025 r. trafili do gdańskiego Starego Maneżu.

Podobnie jak na wcześniejszym o cztery dni koncercie Johna Portera – sala dość szczelnie zastawiona była krzesłami, domyślam się, że z podobnych co wtedy powodów. Krótko po dziewiętnastej na widowni zagasły główne światła i na scenę wkroczył Wojciech Długosz znany też jako Mr Krime (pionier turntablizmu – czyli tzw. skreczy – w Polsce) by odtworzyć słusznej długości intro zawierające przetworzone fragmenty płyty „I Ching” ozdobione szumami (w dalszej części koncertu odpowiedzialny był za elektronikę, klawisze i wspomniane już skrecze), po którym na scenę weszli muzycy Karimiski Orchestra, a było ich wielu i wymienię ich w dalszej części, bo każdy z nich zasługuje na wzmiankę. Właściwy występ rozpoczął Wojciech Waglewski piosenką „Ja płonę” zagraną w aranżacji o wiele bogatszej niż ta z „I Ching”, jednakowoż jak się ma do dyspozycji duży, zgrany zespół za plecami to grzechem byłoby ograniczyć się do surowizny trio gitara-bas-perkusja. Następnie na scenę wkroczył Zbigniew Hołdys, po czym zaintonował „Najmniejszy oddział świata” ze „Świń”, który w wersji jeszcze bardziej militarnej, z gwizdanym motywem przełożonym na sekcję dętą zabrzmiał złowrogo, zaś koda w wykonaniu czterech gitarzystów zyskała wiele. Po tym nastąpił „Czerwony deszcz” z tej samej płyty (moim zdaniem jeden z najważniejszych utworów Waglewskiego), który nie zatracając swojego intymnego charakteru (piękny motyw gitary został zdublowany przez trąbkę z tłumikiem) zyskał przestrzeni i charakteru zbliżonego do twórczości Petera Gabriela, z kulminacją w pięknej solówce gitarowej. Po kolejnym przerywniku zapuszczonym przez Mr Krime’a zabrzmiały wyśpiewane, a miejscami wykrzyczane przez Hołdysa „Świnie”, któremu przysłużyło się rozegranie riffu wiodącego na czterech gitarach, a także fragment, w którym perkusista i perkusjonista zostali sami z Krime’m i jego skreczami. Przed następnym utworem Hołdys pozwolił sobie na przedstawienie gościa, którego określił jako współodpowiedzialnego ponownego zejścia się muzyków, zaś na scenę wkroczył Sławek Przybył, a jego rapowane wstawki w „Miss Propagandiss” z „I Ching” przydały utworowi aktualności. Po tym nieco hendrixowski riff rozpoczął zaśpiewane przez Waglewskiego „Jak tu pięknie” ze „Świń” z niespodziewaną wstawką free. Następni goście, zapowiedzeni przez Karima Martusewicza – Mikołaj Bukrewicz i Brazylijka Sophie Laro uświetnili „Kołysankę dla Misiaków” z „I Ching”, która tego wieczora zabrzmiała bardzo poruszająco w polsko – portugalskiej wersji językowej. Zmianę dynamiki zagwarantowała „Wojna grubych z chudymi”, która nabrała cech afro dzięki perkujsonaliom i czujnie zagranej partii basu. Z kolei następująca po tym „Gazeta” dzięki dodanym efektom dźwiękowym zyskała wręcz „republikański” charakter. Po nim zabrzmiał „Milo” – odśpiewany przez Waglewskiego wraz z Sophie Laro i Sławkiem Przybyłem – przechodzący w „Nim stanie się tak jak gdyby nigdy nic” z repertuaru Voo Voo, które porwało większość publiczności. Na taki ruch Hołdys mógł odpowiedzieć tylko w jeden sposób: „Chciałbym być sobą” – które już po chwili śpiewała z nim cała poderwana z krzeseł sala, a gitarzyści kolejno grali piękne solówki – zakończyło set podstawowy. Na bis zagrany został „Dyktator” z „I Ching” z udziałem gości – Sophie Laro, Mikołaja Bukrewicza i Sławka Przybyła. Po tym światła w Starym Maneżu zapłonęły na dobre.

O czym lub o kim warto wspomnieć?

Po pierwsze, Karim Martusewicz i cała jego Karimski Orchestra. Będąc nie tylko basistą Voo Voo od 28 lat, ale również poszukującym muzykiem i kompozytorem, zdołał zebrać naprawdę imponujący zestaw muzyków, którzy świetnie uciągnęli ten niełatwy w końcu materiał. I tak: Magdalena Soból (saksofon), Patryk Rymkiewicz (trąbka) i Kajetan Sokolnicki (saksofon i flet) stanowili świetną, zgraną sekcję dętą, która wyśmienicie podbijała riffy i melodie; gitarzyści Dariusz Bafeltowski (Budka Suflera) i Nelson Martusewicz pomagali swoją grą odtworzyć różne warstwy i plany brzmieniowe w granych utworach (Nelson w dodatku obsługiwał elektronikę i maszynę do pisania w „Gazecie”); perkusista Max Mińczykowski (Lombard) z dużą dyscypliną trzymał rytm i groove utworów, a odtworzeniem talking drums w „Czerwonym deszczu” podbił moje serce; perkusjonista, Kongijczyk Ricky Lion Lumanisha ubarwiał swoją grą cały koncert, a wokalizą w „Wojnie grubych z chudymi” wygrał sympatię publiczności. Wspomniany już Mr Krime nie tylko dbał o skrecze i wstawki podtrzymujące dramaturgię koncertu, ale również ubarwiał utwory wysmakowanymi partiami klawiszy. Wreszcie sam Karim Martusewicz – świetnie łączył odtwarzanie całkiem wymagających linii basu z dowodzeniem tak wielkim zespołem i prowadzeniem koncertu, do czego zdecydowanie ma dryg.

Po drugie, Wojciech Waglewski i Zbigniew Hołdys. O ile o formę Waglewskiego się nie obawiałem, bo sprawdza ją stale w toku koncertów, których gra dużo – o tyle Hołdysa nigdy na żywo nie słyszałem, kojarzyłem go bardziej z działalnością medialną. Moje obawy były jednak zdecydowanie na wyrost, bowiem obaj panowie poradzili sobie genialnie z napisanymi przez siebie czterdzieści lat temu (i tyle samo nie granymi na żywo) utworami, grali z polotem i fantazją (solówki Waglewskiego – niepowtarzalne w swoim wyrazie – są klasą same w sobie, zaś Hołdys posiada swój trudny do podrobienia styl gry, który nadaje jego piosenkom unikatowego charakteru). Ich głosy były mocne i pewne, oddawały specyficzną melodykę piosenek ze wspominanych tu płyt. W kwestii konferansjerki większą inicjatywę przejawiał Hołdys ze swoją tendencją do anegdot, jednak jego adwersarz i tu potrafił się odnaleźć, przycelowawszy paroma ciekawymi ripostami. A przede wszystkim widać było po obu – nawet po oszczędnym w mimice Waglewskim – że granie tego materiału po latach (w dodatku w sytuacji gdzie nie muszą liderować i przychodzą de facto na gotowe) sprawia im autentyczną radochę.

Po trzecie, aspekty techniczne koncertu. Wprawdzie przyszedłem tam słuchać muzyki, a nie na nią patrzeć, ale dobrze dopasowana gra świateł świetnie korespondowała z nastrojami utworów to podbijając emocje, to znów je łagodząc. Rzetelne i bez skuch było również brzmienie koncertu, co było niełatwe wobec takiej mnogości instrumentów. Przydałaby się trochę większa przestrzeń dla muzyków, bez tego bowiem ścisk doprowadziło do zjawiska „jasełek”, jak zwykł określać mój kolega gitarzysta zbyt wiele osób na zbyt małej scenie. Jednak nawet mimo tego udawało się zrealizować ten koncert płynnie i zgrabnie, również w aspekcie techniki gitar, w czym brylował jeden z moich ulubionych stage handów Piotr Chołody (skądinąd interesujący muzyk), któremu bardzo dziękuję za pomoc w skompletowaniu personaliów zespołu.

Wspominając występy kwartetu Morawski Waglewski Nowicki Hołdys, liderowi Voo Voo zdarzało się napomknąć, że w latach ‘80. często spotykali się z niezrozumieniem publiczności, czasem nawet z jej obojętnością czy wręcz dezaprobatą. Owego wieczoru publiczność wiedziała, w jakim celu pojawiła się w Starym Maneżu. Świadomi z jakimi utworami przyjdzie im się zmagać, widzowie chłonęli każdy dźwięk z atencją i zainteresowaniem. Również dlatego, że tego typu przedsięwzięcia mają zwykle charakter jednorazowy i jeśli tak zapracowani ludzie jak Waglewski i Hołdys wyrywają się ze swoich harmonogramów, żeby zagrać serię koncertów ze starociami, to po pierwsze muszą to być dobre starocie, a po drugie – warto się na to wybrać, bo taka okazja niekoniecznie musi się powtórzyć. Nawet jeśli kosztuje to trochę szmalu, idącego do podziału między – bądź co bądź – czternastu muzyków plus ekipa. Raz nie co dzień, a w takich wypadkach naprawdę warto.