Wehikuł czasu! To jedyne określenie, którego mogę użyć na wczorajszy wieczór w gdyńskim klubie Ucho/Podwórko.art. 14. edycja Tribute to Seattle udowodniła, że duch lat 90. wciąż ma się rewelacyjnie. Kadry w obiektywie – szczera energia, pot, mrok i wszechobecne flanele zbudowały klimat, który idealnie oddał hołd takim ikonom jak Chris Cornell, Layne Staley i oczywiście Kurt Cobain.

Na scenie zameldowały się cztery składy, a każdy z nich wniósł inną dynamikę do tego wydarzenia:
Dust z Warszawy rozpoczął od bardzo mocnego, ale niebanalnego uderzenia. Zaprezentowali świetne wykonanie klasycznych grunge’owych utworów oraz solidny własny materiał.
Triphammer (również ze stolicy) błyskawicznie podkręcił poziom nostalgii, wykonując utwory nieoczywiste, intrygujące publiczność, która zaczęła zacieśniać szyki pod sceną, a pod koniec ich koncertu klub był już pełen.
Messinside zaserwował największą muzyczną i wizualną niespodziankę wieczoru. Znane grunge’owe klasyki zostały odważnie przełamane ich autorską aranżacją. To bardzo świeże spojrzenie na gatunek dodało koncertowi ogromnej przestrzeni. Nie zabrakło również nowego materiału, który spotkał się z aplauzem publiczności.
Na finał uderzył Seattle Suicide Band – projekt powołany specjalnie na tę okazję przez lokalnych trójmiejskich wyjadaczy scenicznych. Zrobili prawdziwy ogień, zabierając wszystkich w sentymentalną podróż, która natychmiast rozkręciła ostre pogo pod barierkami. Dynamika ich występu to czyste złoto z perspektywy fosy i pierwszych rzędów – ba, co ja mówię! Cały klub zatrząsł się w posadach!
Gdynia, jako siostrzane miasto Seattle, po raz kolejny stanęła na wysokości zadania. Dla mnie to był wieczór pełen potężnych dźwięków, świetnego światła i autentycznego rockowego brudu, który po prostu domaga się jak najszybszego wywołania z matrycy. Niezależnie od tego, czy koncert chłonęło się przez wizjer aparatu, czy stojąc w samym środku tłumu – impreza była absolutną rewelacją, otwierającą przed uczestnikami nie tylko dawne brzmienia, ale też nowe muzyczne horyzonty.
Czekam na kolejną edycję. ILE MAMY STAĆ?!