Mystic Festival 2026 (Stocznia Gdańska, 3-6.06.2026)

Mystic Festival po raz piąty i ostatni gościł na terenie Stoczni Gdańskiej. Wiadomo już, że kolejna edycja w 2027 roku odbędzie się także w Gdańsku, na błoniach stadionu Polsat Plus Arena. Oczywiście klimat stoczniowy jest nie do podrobienia, ale dalszy rozwój imprezy potrzebuje większej ilości przestrzeni, kolejny rok z kompletem publiczności mówi sam za siebie. Do tego deweloperka dołożyła swoje trzy grosze i rozpycha się coraz bardziej po okolicy.

fot. Piotr Bardo

Pomimo pożegnania ze stocznią, podczas Mystic Festival 2026 wprowadzono kilka istotnych zmian w układzie scen. Już przeniesienie w 2025 roku Desert Stage na większy teren było strzałem w dziesiątkę, ale podczas ubiegłorocznej edycji Sabbath i Shrine mieszczące się w funkcjonujących na co dzień klubach Grizzly Grizzly i B90 były wiecznie zapchane po korek. Dlatego też tym razem najmniejsza Sabbath Stage przeniosła się do B90, a w miejscu dawnego Deserta na ulicy Elektryków stanęła scena The Void. Drizzly Grizzly zagospodarowano na pokazy filmowe VHS Hell oraz strefę rozmów Mystic Talks. Drugą ważną zmianą było udrożnienie drogi obok Park Stage, głównego ciągu komunikacyjnego Mystica. W ubiegłych latach rozstawiony był tam namiot z merchem, a przeniesienie go kawałek dalej przed strefę Chill Out Zone spowodowało, że ruch w tym newralgicznym miejscu stał się w miarę płynny. Nowością było też utworzenie Kids Zone, strefy dla dzieci w wieku 4-12 lat. Co roku rodzice z maluchami byli widoczni na terenie imprezy, więc dobrze, że pomyślano o dedykowanym dla nich miejscu. Poza tym oprócz powyższych nie zabrakło znanych już z lat poprzednich atrakcji takich jak wystawa (w tym roku poświęcona muzyce metalowej w komiksach), strefa z retro gamingiem (łezka się w oku zakręciła na widok Lotusa, Quake’a czy Diablo) czy pokazów wrestlingu. Na Mysticu jest co robić żeby odetchnąć, picie piwa nie jest jedyną poboczną atrakcją.

Mystic Festival 2026: Warm Up Day 03.06.2026

Zgodnie z tradycją Mystic Festival rozpoczął się od Warm Up Day dla najbardziej wytrwałych miłośników metalu. Na rozgrzewce jeszcze scena główna jest wyłączona z użytku, ale wszystkie pozostałe grają na pełnych obrotach. Klimat tego dnia był wręcz plażowy – ponad dwadzieścia stopni temperatury, słońce, zero wiatru. W takich warunkach również metal się odnajduje, ale szacun dla tych uczestników, którzy postawili na pełen strój i makijaż. Ja bym się ugotował. To zresztą bardzo ciekawy aspekt Mystica – przekrój ludzi i ich stylówek jest tutaj niesamowity, to nie tylko czarny t-shirt z logo zespołu, ale bardzo szerokie spektrum wyrażenia siebie poprzez ubranie, fryzurę, ozdoby. Ciekawe jest też to, że wielu ludzi tutaj wraca. Co chwilę łapałem się na tym, że kojarzę tę czy inną twarz z poprzednich edycji. Chyba czas zacząć mówić sobie cześć.

Six Feet Under / fot. Piotr Bardo

Jeśli chodzi o program muzyczny, to nie nastawiałem się na nic konkretnego tego dnia, także zgodnie z nazwą Warm Up Day potraktowałem jako rozgrzewkę. Wiek już nie ten, trzeba przyzwyczaić nogi do zwiększonego wysiłku utrzymania swoich kilogramów. Tego dnia sporo było metalcore’u i pochodnych. Począwszy od Blackgold, którzy otwierali Main Stage w 2024 roku, a tym razem Desert Shrine Stage, gdzie zagrali też później nasi weterani gatunku z Frontside. W ostatnim czasie zmienił im się wokalista i w tym składzie widziałem ich pierwszy raz. Dziwnie brzmią dla mnie stare numery bez Aumana, szczególnie w czystych partiach.

Podobne klimaty panowały na Park Stage gdzie jedynie Six Feet Under wyłamało się z metalcorowej konwencji. Amerykanie zagrali zresztą świetny koncert, Chris Barnes z kolegami po prostu grali swoje death (rollowe) kawałki, ale za to jak. Zupełnie inne wrażenie pozostawili we mnie Ice Nine Kills, którzy zamykali Park Stage tego dnia. W ich przypadku pierwszoplanową rolę odgrywało show i muszę przyznać, że pod tym względem potrafią przykuć uwagę. Pełno rekwizytów, przebieranek, aktorów na scenie, było na czym oko zawiesić. Muzycznie mnie nie przekonali do siebie. W kategorii scenicznych szopek grało też Kanonenfieber zamykające scenę Desert Shrine. Mieli już okazję zagrać na festiwalu w 2023 roku, a od tego czasu tylko urośli. Ich koncept krąży wokół okopów I wojny światowej, wyglądają niczym grupa rekonstrukcyjna tego okresu. Nie mają co prawda jeszcze takiego czołgu na scenie jak Sabaton, ale w takim tempie rozwoju dojdą wkrótce do tego.

Ice Nine Kills / fot. Piotr Bardo

Również fani starego metalu mieli w czym wybierać. Oprócz Six Feet Under mam tutaj na myśli przede wszystkim trójcę w postaci Damnation, Grave i Unleashed. Ten pierwszy to nasz lokalny reprezentant, który powrócił niedawno do żywych i trzeba przyznać, że chłopaki są świetnej formie. Grave jakoś mnie niestety nie porwał, z kolei Unleashed jak najbardziej, lubię i szanuję ten zespół, to jeden z moich faworytów szwedzkiej sceny. Minusem było wpakowanie ich na Sabbath Stage – B90 było zawalone po dach i się zrobiła w środku niezła sauna.

W tym samym czasie obok na The Void grała A.A. Williams zapewniając zupełnie inne doznania, nie tylko pod względem panującej temperatury. Artystka z Londynu gra bardzo klimatycznie, jest piosenki są pełne melancholii, można ją stawiać w jednym rzędzie z Chelsea Wolfe.

Zobacz zdjęcia z Warm Up Day

Mystic Festival 2026: Dzień I 04.06.2026

Pierwsze bóle nóg i pleców za nami, czyli zaczynamy festiwal na dobre. Oficjalny pierwszy dzień Mystic Festival 2026 znowu przywitał nas plażową pogodą, było nawet jeszcze cieplej niż dnia poprzedniego. Scena główna została przejęta przez amerykańskich thrash metalowców. Na początek Heathen, który świetnie sprawdził się w roli rozgrzewacza przed kolejnymi zespołami w postaci Overkill, Anthrax i Megadeth. Szczególnie te dwa ostatnie zespoły wzbudziły spore zainteresowanie, w końcu to najpopularniejsze kapele w tym zestawie, tworzące połowę wielkiej czwórki thrash metalu. Ekipa Scotta Iana podobała mi się bardziej od gwiazdy wieczoru i nie tylko dlatego, że ten wspomniał o swoich polskich korzeniach. Anthrax to świetny zespół do potupania nóżką, ta muzyka ma w sobie ten gen zabawy.

Scott Ian z Anthrax / fot. Piotr Bardo

Z koncertu Megadeth kolejny raz wychodziłem z podobnymi spostrzeżeniami, że instrumentalnie czapki z głów i padam na kolana, ale wokalnie jednak Dave Mustaine nie dowozi. To się już akurat nie zmieni, tak jak wieczne kompleksy względem Metalliki. Granie „Mechanix” jeszcze rozumiem, ale „Ride The Lightning” chwilę potem już nie do końca. Instrumentalnie spoko coverek, ale bez wokalu Papy Heta ten numer wiele traci. Dyskografia Megadeth to kilkanaście płyt studyjnych, więc naprawdę jest w czym wybierać. Mustaine zawsze potrafił dobrać sobie świetnych wymiataczy do zespołu więc można z nimi zagrać wszystko. Jako, że zespół kończy z wydawaniem nowych albumów (ciekawe jak długo będzie grał „ostatnie” trasy), to miłym akcentem było wręczenie im na scenie złotej płyty za ostatni krążek „Megadeth” przez Michała Wardzałę, szefa Mystic Production.

Dave Mustaine z Megadeth / fot. Piotr Bardo

Przygodę z Park Stage zacząłem od Bloodywood i było to dość dziwne doświadczenie. To zespół z Indii grający mieszankę nu metalu, metalcore’a i tego typu wynalazków, wplatający w to wszystko klimat swojego kraju. Zaczynali od wrzucania coverów na YouTube, a teraz jeżdżą po świecie z autorską muzyką. Zupełnie inaczej wybrzmiał następny zespół w kolejce, czyli nasze chłopaki z Decapitated, którzy świętowali swoje 30-lecie. To już od dawna klasa sama w sobie, więc dowieźli wszystko jak trzeba gromadząc naprawdę sporą publiczność pod sceną i w jej okolicach. Niedawno zmienił im się wokalista – nowy gardłowy prosto z Finlandii Eemeli Bodde także daje radę.

Chwilę przed Decapami na Desert Shrine Stage grał belgijski zespół post metalowy Psychonaut. Niestety z płyt podobają mi się bardziej, może z czasem ich koncert poszybowałby w lepszym kierunku, a może lepiej by się sprawdzili w innych okolicznościach przyrody (nocnych lub pod dachem). Przed nimi na tej scenie grało szwedzkie Truckfighters. Jak nietrudno się domyślić grają stoner. Poprawnie, wszystko się zgadza zgodnie z kanonem, ale nic więcej. Ostrzyłem jeszcze sobie ząbki na Marduka, ale Szwedzi zaliczyli półgodzinną obsuwę więc kierowany sentymentem poszedłem na braci Cavalerów, którzy skupili się na płycie „Chaos AD”. Rok temu na Mysticu grała Sepultura (czy też pół Sepultury jak mówią złośliwi), a w tym roku drugie pół, więc rachunek sepulturowy się zgadza i sumarycznie widziałem całość. Ale tak jak w 2025 roku, tak i teraz czegoś mi brakowało. Fajnie zobaczyć i posłuchać Maxa z Igorem na scenie, bo metalowa księga ulicy mówi, że „no Cavalera no Sepultura”, ale przez większość koncertu brzmiało to słabo. Może miałem zbyt duże oczekiwania, może jakby werbel nie był na pierwszym planie, może gdyby babcia miała wąsy… Tak wiem, dajcie wody, bo suchary lecą niemiłosierne, ale pozostaje tylko gdybać. Szkoda, że klasyczna czwórka muzyków Sepultury już pewnie razem nie zagra. Może w jakimś równoległym uniwersum byłoby to realne.

Max Cavalera / fot. Piotr Bardo

Jak już przenosimy się do innych światów, to przejdźmy do ostatniego koncertu na Park Stage. Na koniec dnia wystąpiła wisienka na torcie w postaci Blood Incantation. Ci panowie wynieśli death metal na zupełnie nowy poziom, obcowanie z nimi to wycieczka do innego wymiaru. W ich występie wszystko się zgadzało – począwszy od kwestii wizualnych, na wykonawczych i brzmieniowych kończąc. Skupili się przede wszystkim na płycie „Absolute Elsewhere”, która jest absolutnym majstersztykiem i taki tez był ich koncert. Czapki z głów, kłaniam się nisko, zostanie to ze mną na dłużej.

Zobacz zdjęcia z pierwszego dnia

Mystic Festival 2026: Dzień II 05.06.2026

Półmetek za nami, żarty się skończyły, słoneczna pogoda także. Na domiar złego w trakcie rozkleił mi się but i w tym miejsce wielkie podziękowania dla Beaty z KnockOut za poratowanie gafrem – jesteś najlepsza! Jeśli Warm Up Day stał pod znakiem metalcore’a, pierwszy dzień był thrash metalowy, to drugi należał do sceny z Nowego Orleanu, która panoszyła się na Main Stage. Na początek Eyehategod, jedno z moich odkryć zeszłorocznego Mystica. Znalazłem się na nich w 2025 roku przypadkiem, bo grali w czasie Opeth. Nie jestem wielkim miłośnikiem Szwedów więc w tym czasie szukałem czegoś innego. Był to strzał w dziesiątkę, tym bardziej, że również wtedy padało, a to idealne warunki atmosferyczne do obcowania z tymi panami. Ich muzyka jest brudna, na swój sposób obleśna, sami muzycy wyglądają dość redneckowo, white trash na pełnej, nie może być cudowniej. Co ciekawe, na gitarze gra u nich Jimmy Bower, perkusista Down.

fot. Piotr Bardo

Chwilę po Eyehategod na Park Stage odpaliło się szwajcarskie thrash metalowe Coroner, ale żeby pozostać w klimacie pognałem dalej na Desert Shrine Stage gdzie grał Black Tusk. Jak to się ładnie mówi – dupy mi nie urwali, ale zagrali jak najbardziej przyzwoicie, chociaż niewiele więcej z tego występu wyniosłem. Nie było jednak czasu na analizowanie takich rzeczy, bo na głównej scenie mieli pojawić się panowie z Corrosion of Conformity. W składzie kolejna postać z Down – tym razem gitarzysta Pepper Keenan obsługujący tutaj także wokal, a na basie Bobby Landgraf, który kilka lat temu przez skład z Philem Anselmo na czele się przewinął grając na gitarze. Jeśli mnie wzrok nie mylił, jest teraz zresztą ich technicznym. Corrosion of Conformity co prawda nie jest nowoorleańskim bandem, ale przez skład osobowy i taki, a nie inny klimat jak najbardziej do tej sceny pasuje. Chociaż w porównaniu z Eyehategod grają zdecydowanie bardziej rockowo niż metalowo.

Po COC szybkie przejście na Park Stage gdzie celebrowana była muzyka nieodżałowanej legendy death metalu czyli Death. Miałem początkowo pewne opory, nie jestem wielkim miłośnikiem tribute bandów, ale w ich wykonaniu to się wszystko nawet broni. Skład Death To All tworzą byli partnerzy sceniczni Schuldinera tacy jak Steve DiGorgio, Gene Hoglan, Bobby Koelble, a na froncie produkuje się Max Phelps znany z Cynic, który nawet z wyglądu trochę Chucka przypomina. Także osobowo jest w tym projekcie bardziej niż solidnie, nieśmiertelne klasyki Death wybrzmiały w ich wykonaniu jak należy. W tym samym czasie na Desert grało Benediction, ale jednak sentymenty zwyciężyły.

Phil Anselmo z Down / fot. Piotr Bardo

Kolejny koncert na Main Stage to coś, na co wyczekiwałem chyba najbardziej podczas tegorocznej edycji. Z muzyką Down zetknąłem się wieki temu, co prawda szalikowcem nigdy nie zostałem, ale do tej pory lubię posłuchać każdej z ich trzech płyt studyjnych. Na Mysticu skupili się na dwóch pierwszych albumach, szkoda że z „Over the Under” nie trafiło nic do setlisty. Nie ma jednak co kręcić nosem tylko cieszyć się, że dane było zobaczyć tych panów w świetnej formie, tym bardziej, że rzadko goszczą w naszym kraju. Phil Anselmo wyszedł tradycyjnie na bosaka – że też mu nie było w nogi zimno, ciekawe czy ma technicznego od pilnowania ciżemek. Trochę obawiałem się jak koncerty Eyehategod i Corrosion of Conformity wpłyną na Bowera i Keenana, ale nie było po nich widać zmęczenia. Na koniec panowie zagrali wariacką wersję „Bury Me In Smoke”, w której nie zatrzymując granego utworu muzycy Down przekazywali swoje instrumenty technicznym. Okazuje się, że równie dobrze oni mogliby zagrać ten koncert. Dali sobie świetnie radę pokazując, że Down to jedna wielka rodzina, taki „buddy vibe”, bez żadnej napinki.

fot. Piotr Bardo

Pozostając w imprezowym klimacie poszedłem na końcówkę Rotting Christ na Desert Shrine Stage i udało mi się trafić na moje ulubione „Grandis Spiritus Diavolos”. Grecy grali koncert w ramach celebracji 35-lecia istnienia – ale ten czas leci. Nie wiem jak zaczęli, ale końcówka była na tyle fajna, że pewnie gdyby nie Down to bym zabawił na nich od samego początku. Obok na Park Stage swoje mroczne rytuały w oparach zielonego dymu odprawiało Electric Wizard. Podobno było wybornie, podobno otworzyło się przejście do innego wymiaru, a Crowley chował się za drzewem w swojej śmiesznej czapce. Tylko na chwilę przycupnąłem podczas festiwalowej wędrówki, jakoś nie miałem nastroju na takie klimaty, dotknąłem kosmosu dzień wcześniej dzięki Blood Incantation.

Zakk Wylde z Black Label Society / fot. Piotr Bardo

Na koniec zostawiłem resztę sił na Black Label Society. Oprócz pierwszych kilku płyt niespecjalnie ich muzyka gościła w moich głośnikach i pewnie tak już zostanie, ale muszę przyznać, że to był koncert przez duże K, brzmiący i wyglądający jak należy. O profesjonalizmie Zakka Wylde i jego kolegów nawet nie ma co wspominać, bo sroce spod ogona żaden się nie urwał. No ale żeby grać z wiosłowym Ozzy’ego, trzeba mieć na to odpowiednie papiery. Że Zakk to wymiatacz, jest oczywiste, te wszystkie solówki zza głowy to jego znak rozpoznawczy, ale nie tylko cyrkowe popisy i groźne miny świadczą o dobrym show. Najważniejsze, że w tym wszystkim doskonale broni się muzyka, wielki brodacz to też świetny kompozytor i wrażliwy człowiek, który nie tylko walnie ciężkim riffem, ale i balladkę ułoży. Komu się łezka nie zakręciła w oku na „In This River” kiedy na telebimach wyświetlały się zdjęcia braci Abbott, ten nie ma w sobie za grosz ludzkich uczuć. Zakk Wylde wygląda jak posąg, świetnie zagra i zaśpiewa. Zdecydowanie nie panuje tutaj zasada, że czego się nie dogra, to się dowygląda, u niego wszystko się zgadza kompleksowo. Miłym akcentem podczas koncertu Black Label Society był fragment „No More Tears”. Za chwilę minie rok jak odszedł Ozzy i jeśli ktokolwiek ma przypominać o jego muzyce i być kustoszem solowej twórczości Księcia Ciemności, to właśnie Zakk jest właściwą osobą na właściwym miejscu. Do tego wokalnie jego śpiew zawsze mi się kojarzył z Osbournem, w końcu też ma taką kozią manierę. A zagranie „Ozzy’s Song” z najnowszej płyty BLS tylko postawiło kropkę nad „i” w tej kwestii.

Zobacz zdjęcia z drugiego dnia

Mystic Festival 2026: Dzień III 06.06.2026

Last dance na stoczni czas zacząć… Tym razem za sprawą Turbo i Behemoth można przyjąć założenie, że był to dzień polski, a przez mój wybór koncertów jeszcze wyszedł z tego black metalowy. Ale na dzień dobry zalogowałem się na Sabbath (sauna) Stage, które otwierała Yoth Iria. Już o tej porze B90 było nabite, a i pogoda znowu zrobiła się słoneczna, więc dosłownie po chwili z człowieka się lało. Jednak taka, a nie inna frekwencja nie powinna dziwić, bo Grecy zaprezentowali naprawdę solidny kawał czarnego rzemiosła. Dla odmiany po nich poszedłem na Desert Shrine Stage gdzie grało Acid King. Przyjemne stonerowo-doomowe granie, ale nie do końca mi to siadło.

fot. Piotr Bardo

Kolejnym koncertem na jakim się zameldowałem było Turbo na Main Stage. Panowie przyjechali na Mystic rzutem na taśmę, bo zastąpili w programie Static-X. Wstyd się przyznać, ale był to dopiero mój pierwszy koncert poznaniaków w życiu. Wcześniej się nie udało, w końcu odhaczone. Trochę ta scena była dla nich za duża, ale za to całkiem dużo ludzi na nich przyszło, weteranów polskiego metalu miło zobaczyć. Na koniec powiało Opolem jak wyszedł Grzegorz Kupczyk by dołączyć do „Dorosłych dzieci”, ale nie takich rzeczy już człowiek na tym festiwalu przez pięć lat doświadczył. Nie wiem co to za dziwny pomysł z tym drugim wokalistą, który dośpiewywał partie Struszczyka. Hypemana w klasycznym metalu jeszcze nie widziałem i niezbyt mi się to zgadzało.

Troy Sanders z Mastodon / fot. Piotr Bardo

Kolejna zmiana klimatów, bo na Desert Shrine Stage zaczęło grać Scour, czyli black metal z Philem Anselmo na wokalu. Wizualnie nic specjalnego, ale muzycznie już inna para kaloszy. Co ciekawe, Kirk Windstein z Down robił im za technicznego, panowie z Nowego Orleanu mieli bardzo pracowity weekend w Gdańsku.

Na Parku swoje dyskotekowe rytmy wygrywało Pain, ale nie było czasu na tupanie nóżką, bo wolałem dać odpocząć nogom przed Mastodon na głównej scenie. Muszę przyznać, że bez Brenta Hindsa ten zespół gra lepiej. To był najlepszy koncert panów z Atlanty na jakim byłem, a przez lata chyba cztery razy ich widziałem. Jakby wstąpiły w nich nowe siły, jakby bardziej im się chciało, a nie tylko odbicie karty w fabryce. Tym bardziej ostrzę sobie ząbki na ich kolejny album, już nie mogę się doczekać.

Po koncercie Amerykanów całkiem przypadkowo pojawiłem się na Hulder, które grało na scenie Void i zostałem do końca. Ich black metal potrafi zahipnotyzować, jest w tym las, jest pierwotna siła, niczego więcej nie potrzeba. Dobrze, że nie grali na Sauna Stage, bo o tej godzinie bym się pewnie odbił od drzwi.

Nergal z Behemoth / fot. Piotr Bardo

Na koniec mojej przygody z Mystic Festival 2026 i stocznią pod tym szyldem w ogóle, zostawiłem siły na Behemoth. Nawet nie wiem ile razy ich widziałem, ale przez dwadzieścia lat (pierwszy raz na Hunterfeście 2005) na pewno jest to kilkanaście koncertów. Nie będzie dużym nadużyciem jeśli stwierdzę, że to był jeden z ich najlepszych koncertów jakich dane mi było doświadczyć i jest to absolutny top światowy zarówno w kategoriach produkcji koncertowej jak i wykonawczej. To że inspirują się Rammstein, lubią bawić się zapałkami i starannie reżyserować swój spektakl, było wiadomo od dawna, ale tym razem poszli o krok dalej i zagrali też tak jak Lindemann z kolegami, na dwóch scenach. W pewnym momencie przeszli z pochodniami przez tłum by zagrać na dachu FOH-a. Czegoś takiego się nie spodziewałem, przed koncertem nawet nie zauważyłem żeby coś w tym miejscu się zmieniło. Czary jakieś normalnie, ale w końcu ten mini recital zaczęli od „Nomen Barbarvm” z „abrakadabra” w tekście. Dobrym wyborem był też drugi utwór w postaci hymnu tegorocznego Mystica, czyli „The Return of Darkness and Evil” z repertuaru Bathory. Behemoth rozstawił niedowiarków po kątach i pokazał kto rządzi na rejonie. W końcu grali u siebie. Pomorska bestia zagrała jeden z najlepszych koncertów tegorocznej edycji Mystic Festival, nie mam co do tego absolutnie żadnych wątpliwości. Mało który zespół potrafi po latach dalej zaskakiwać i grać na tak wysokim poziomie. Było czuć po zespole, że także dla nich to nie był kolejny dzień w biurze, tylko duże przeżycie. W tej doskonale pracującej maszynie jest też miejsce na emocje i czynnik ludzki, ale żaden mini kiks nie zmienił mojego obrazu, a wręcz podkreślił niezwykłość występu. Jak się żegnać po pięciu latach ze Stocznią Gdańską, to właśnie w takim stylu, z hukiem i ogniem. A za rok nowe otwarcie pod stadionem. Do zobaczenia!

Zobacz zdjęcia z trzeciego dnia