Mystic Festival 2025 przeszedł do historii. To już czwarta edycja, która odbyła się na terenach Stoczni Gdańskiej. Przez cztery czerwcowe dni na pięciu scenach przewinęło się kilkadziesiąt zespołów, ale na tym nie kończyły się atrakcje przewidziane dla uczestników. Po raz kolejny widzowie dopisali, a pogoda próbowała pokrzyżować plany – na szczęście nieskutecznie. To już taka mysticowa tradycja – trochę słońca, trochę deszczu. Teren imprezy jest na tyle urozmaicony, że jakby co jest się gdzie schować, to nie lotnisko.

Co się zmieniło w tym roku? Przede wszystkim scena Desert Stage rozrosła się i przeniosła kawałek dalej, dzięki czemu nie było przy niej takiego tłoku jak w latach poprzednich. Jej stare miejsce zagospodarowano na panele dyskusyjne Mystic Talks – oprócz „normalnych” panelistów pojawili się też Peter z Vader i Andreas Kisser z Sepultury. Tym razem w piwnicy pod food hallem swoje miejsce znalazły retro komputery i pokazy filmów, a wystawa przeniosła się na górę gdzie wcześniej odbywało się VHS Hell. W tym roku z okazji czterdziestolecia istnienia zespołu zaprezentowano Dziedzictwo Vadera. Unikalne pamiątki, zdjęcia, wydawnictwa, koszulki i inne artefakty związane z legendą death metalu zaprezentował kustosz tego wyjątkowego muzeum, szef fanklubu olsztyńskiej grupy Adam Sieklicki. W strefie chillu znalazło się też miejsce na prawdziwy ring gdzie odbywały pokazy wrestlingu polskiej organizacji PpW Ewenement.

Mystic Festival 2025: Warm Up Day – kto za Exodus?
Pierwszy dzień, a właściwie zerowy, czyli rozgrzewkowy Warm Up Day szybko się rozkręcił. Dla mnie najważniejsze były koncerty Alcest (drugi raz na Mysticu, po ich poprzedniej wizycie zostałem fanem) i solowego zespołu Jerrego Cantrella z Alice in Chains. W składzie zobaczyliśmy wokalistę Grega Puciato (miał zagrać solo na jednym z wcześniejszych Mysticów, ale nie dojechał) czy perkusistę Roya Mayorgę (znany chociażby z Soulfly i Stone Sour). To już w zasadzie super grupa, a największy entuzjazm wzbudziły oczywiście piosenki Alicji – „The Bones”, „Would?” i „Rooster”. Z jego solowych rzeczy najmocniej wbił mi się do głowy tytułowy numer z jego ostatniej płyty „I Want Blood”.

Co jeszcze zwróciło moją uwagę tego dnia? Przede wszystkim Castle Rat. To zespół w klimatach doom stonerowych, który wyróżnia się bardzo wyrazistym konceptem. Lata ’80, lochy i smoki, zamki i szczury, do tego frontwoman wyjęta żywcem z Conana Barbarzyńcy ubrana w zbroję, która więcej odsłania niż zasłania. W ciasnej przestrzeni Sabbath Stage swój mroczny rytuał zaprezentował damski zespół Witch Club Satan. Black metal może być kobietą? Jak najbardziej, a do tego nie w cukierkowym, ale siarczystym wydaniu. Tutaj też wizualna strona była bardzo ważna, ale już bardziej „poważna” niż retro sentymentalna. Jeśli jesteśmy przy black metalu, to za ścianą na Shrine Stage Norwegowie z The Kovenant zagrali koncert oparty na ich drugiej płycie „Nexus Polaris”. A wcześniej proste, ale jakże skutecznie granie speed black metalowe zaprezentowali Amerykanie z Midnight.
Jednak najważniejszy dla wielu był tego dnia występ thrash metalowego Exodus. Legendarny zespół z Kalifornii miał już być na Mysticu dwa lata temu, jednak odwołał wtedy europejską trasę. Zawód fanów był tak wielki, że pytanie „kto za Exodus?” stało się jednym z najczęściej zadawanych na profilu organizatorów i urosło do rangi mema. Tym razem nic nie stanęło na przeszkodzie by Rob Dukes i Gary Holt z kolegami pokazali jak powinno się grać prawdziwy thrash.

Mystic Festival 2025: Dzień I – metal core
Mystic Festival 2025 na dobre rozpoczął się w czwartek 5 czerwca. Ruszyła scena główna Main Stage, którą otworzyła szwedzka grupa metal core’owa Imminence. Tym gatunkiem zresztą stał ten dzień. Zespół miał już okazję zagrać na gdańskim festiwalu w 2023 roku, także na scenie głównej. Byli dobrym rozgrzewaczem dla poźniejszych koncertów Bullet For My Valentine, które świętuje dwudziestolecie swojego debiutu „Poison” oraz gwiazdy wieczoru w postaci In Flames. Szwedzi zaczynali od death metalu, potem poszli w bardziej nowoczesne, romansujące z melodią rejony i tak już im zostało. A pomiędzy coś z zupełnie innej beczki czyli Eagles of Death Metal. Nazwa może trochę mylić, bo z death metalem zespół Jessego Hughesa nie ma nic wspólnego, tylko z pustynnym rockiem z Kalifornii. Tego typu dźwięków było więcej na Desert Stage, chociaż w bardzo zróżnicowanym wydaniu. Mi najbadziej podeszło włoskie Ufomammut ze swoimi walcowatymi riffami. Dzień na tej scenie zamykało Drab Majesty, które było zupełnie innym doświadczeniem. Ten duet obraca się w klimatach gotyku, darkwave czy synth popu. Pasowali by na Castle Party, ale na Mysticu byli ciekawą odmianą.

Zupełnie inaczej było zaraz obok, w klubie B90 na Shrine Stage. Tutaj królował metal, głownie black, ale też death w postaci Nile. Dzień otworzyło Totenmesse, tym razem zagrali do końca, bo ostatnio padł prąd podczas ich występu. Jednak najważniejszym punktem programu było Beherit. Po ubiegłorocznym Blaspehmy aż się prosiło o przyjazd gości z Finlandii i udało się. Piwnica, siarczysty black metal, wszystko się tutaj zgadzało i było właśnie takie jakie miało być. A na koniec ich krajanie z Oranssi Pazuzu, którzy do black metalu podchodzą o wiele swobodniej, dodając psychodelię i pewną transowość. Za ścianą na Sabbath Stage królował nowoczesny metal, z przerwą na blackowe Thaw.

Z kole Park Stage rozpoczęła się występami Defects i Polaris, czyli zespołów metal core’owych i pochodnych. Jednak moim faworytem byli szaleni Norwedzy z Turbonegro i nie zawiodłem się. Ich mieszanka punk i hard rocka przyprawiona niskiego lotu humorem jest tym co idealnie wpasowuje się w festiwalową atmosferę. To był dla mnie najlepszy koncert dnia, tego właśnie mi było trzeba. Wśród publiki był nawet Nergal, który kiedyś z Behemotem coverował ich utwór, kultowe „I got erection” zagrane w Gdańsku na koniec. Na Park Stage tego dnia zagrali jeszcze panowie z Suicidal Tendencies, którzy zaserwowali powrót do lat dziewięćdziesiątych. Aż się przypominały ubiegłoroczne występy Body Count i Biohazard, bo to bliskie klimaty. Co ciekawe, sekcję rytmiczną Suicidal Tendencies tworzą basista Tye Trujillo (syn tego Trujillo) oraz Jay Weinberg, do niedawna bębniarz Slipknot. A na koniec dnia Park przejął po raz drugi w historii Perturbator. Jego elektroniczne brzmienia są tak jak w przypadku Drab Majesty czymś zupełnie innym na takim festiwalu, ale muzyka Francuza to praktycznie metal, tylko o tyle specyficzny, że grany głównie na syntezatorach. Jeśli chodzi o elektroniczne brzmienia na Mysticu, to w kolejnych dniach zagrali jeszcze The Bug i John Cxnnor.

Mystic Festival 2025: Dzień II – powrót króla
Półmetek za nami, trzeba było się już zacząć delikatnie oszczędzać, nogi już nie te co dziesięć lat temu. To dzień na który czekałem najbardziej, ale o tym za chwilę, bo wcześniej też się działo. Na scenie parkowej Hatebreed wypuścili do ludzi „ball of death”, taką gumową piłkę w stylu jakich Metallica używa na „Seek & Destroy”, potem Cradle of Filth zagrało tak jak się spodziewałem. Pisków Danniego Filtha nie jestem w stanie znieść, to jednak nie dla mnie. Ukoronowaniem dnia na Park Stage był koncert W.A.S.P. Nigdy nie byłem fanem, znałem wcześniej może ze dwa utwory, ale słuchałem jak urzeczony. Panowie skupili się głównie na pierwszej płycie, której nigdy nie przesłuchałem w całości, ale wiem, że będzie gościć w moich głośnikach na zmianę z Mötley Crüe kiedy najdzie mnie ochota na hair metal.

Kolejnym, jeszcze większym odkryciem drugiego dnia było dla mnie Eyehategod na Desert Stage. To zespół z Nowego Orleanu, w składzie Jimmy Bower znany z Down czy Crowbar, ale tutaj w charakterze gitarzysty, nie perkusisty. Wszystko się u nich zgadzało, sludge metalowe walce wbijały się w uszy jak trzeba. Kałuże pod sceną to nie bagna Luizjany, ale nadawały klimatu całości. Kompletnie nie żałuję, że zrezygnowałem dla nich z Opeth na Main Stage, których już widziałem na Mysticu trzy lata temu. Szanuję, ale muzyka Szwedów mnie nie rusza, tym razem po trzech numerach się odbiłem i na dobre mi to wyszło. Jeśli już wspominamy główną scenę, to o pechu może mówić Jinjer, bo chwilę przed ich koncertem przeszła ulewa, która na szczęście szybko przeszła i nie przegoniła ludzi na dobre. W ich przypadku także mogę mowić o szacunku, o tym że robią swoje i robią to dobrze, ale o szybsze bicie serduszka mnie nie przyprawiają.

Na ten koncert czekałem najbardziej. W 2002 zagrał w tym miejscu z Mercyful Fate, tym razem solo – to prawdziwy powrót króla, czyli King Diamond we własnej osobie objawił się ponownie na Mysticu. To jeden z tych artystów, których albo się uwielbia albo nie da rady słuchać. Ja akurat należę do tej pierwszej grupy i dostałem dokładnie to, czego mogłem oczekiwać po koncercie Duńczyka. Czyli zestaw hitów z „Abigail” „Mansion in Darkness” i „Sleepless Nights” na czele, do tego bogata oprawa sceniczna i teatralne przerywniki rodem z horroru, a przede wszystkim Kinga w wybornej formie wokalnej. W przyszłym roku stuknie mu 70 lat na karku, ale co tu dużo mówić – chłop po prostu daje radę jakby miał 20 lat mniej. Nowe kawałki, które mają się znaleźć na długo oczekiwanej płycie nie odbiegają od tego, do czego przyzwyczaił wcześniej więc teraz pozostaje czekać na to wydawnictwo.
W tym samym czasie na Desert Stage grało Blindead 23, na które też ostrzyłem zęby, ale królowi się nie odmawia. Z Kingiem Diamondem zazębiał się też występ Arthura Browna. Facet już ma ponad 80 lat i nadal występuje na scenie, co samo w sobie jest czymś niesamowitym. Jego wpływ na kwestię wizerunku scenicznego, malowania twarzy, także tego u Kinga Diamonda, jest bezdyskusyjny, a największy hit „Fire” samplował i Marilyn Manson i Prodigy. Pewnie kojarzycie słynny tekst „I am the god of hellfire”. Tak się miło złożyło, że pędząc na Shrine Stage po Kingu akurat zdążyłem na ten kawałek.

Mystic Festival 2025: Dzień III – składanie hołdów
Ostatni dzień Mystic Festival 2025 nie oznaczał zwalniania tempa, było wręcz przeciwnie. Z niektórych rzeczy trzeba było zrezygnować, ale taki urok festiwali, że czasem przez dwie godziny człowiek szuka swojej sceny, a czasem nie wie gdzie zostać na dłużej. Zupełnie niespodziewanie zatrzymałem się na koncercie Paleface Swiss. Panowie grają nowocześnie, death corowo i jednocześnie bardzo chwytliwie. Momentami nawet Slipknota w ich muzyce słyszałem. Nie spodziewałem się, żeby zespół z tego gatunku tak mi podszedł, a tu taka niespodzianka. Może to efekt Bokassy, która grała chwilę wcześniej na Desert Stage i nastroiła mnie pod energetyczne granie.

Jednak tego dnia liczyły się dla mnie zespoły, na które poszedłem całkowicie świadomie i przez które odpuściłem Death Angel, Pentagram czy I Am Morbid. Na początek Vader świętujący 25 lat płyty „Litany”. W moim osobistym rankingu to najlepszy album ekipy Piotra Wiwczarka. Zespół odegrał album w całości i nawet po takim czasie te numery nic nie straciły, dalej żrą aż miło. Zespół został doskonale przyjęty, aż im się michy przez cały koncert cieszyły. To był ich festiwal – nagrali hymn tegorocznej edycji (zresztą zagrali go pod koniec setu), mieli wspomnianą wyżej wystawę, Peter wziął udział w panelu dyskusyjnym. Panowie po prostu zasłużyli na takie wyróżnienie. A ja muszę kupić wreszcie „Litany” – nie wiem jakim cudem jeszcze nie mam tego albumu na swojej półce. Akurat wyszła reedycja płyty więc jest idealna okazja do nadrobienia zaległości.

A póki co nie miałem czasu na głębsze przemyślenia, bo popędziłem w kierunku Main Stage. Apocalyptica była do tej pory zespołem, którego nie widziałem na żywo, a zawsze bardzo chciałem zobaczyć. Panowie swój koncert oparli na utworach Metalliki – rok temu wydali drugą część albumu ze swoimi interpretacjami hitów Jamesa Hetfielda i Larsa Ulricha. Trzem wiolonczelistom na scenie towarzyszył perkusista, który napędzał całość. Ale kiedy bębny milkły, działa się magia. Lubię ten zespół najbardziej w jego esencji – kiedy zostają tylko instrumenty smyczkowe. Ich koncert zleciał momentalnie, praktycznie kupiłem ich w całości, jedynie końcowe „One” nie do końca mi podeszło – nie wiem po co puścili Hetfielda i orkiestrę z taśmy, nie było to do niczego potrzebne.

To jednak nie był koniec hołdów – chwilę później na Park Stage zagrał projekt o dość długiej nazwie Blood Fire Death – A tribute to Quorthon and the Music of Bathory. W składzie sławy black metalu z Erikiem Danielssonem z Watain na czele. Moim skromnym zdaniem ten wyjątkowy cover band ma sens – raz, że Quorthon od dawna nie żyje, dwa że bardzo szybko zrezygnował z grania koncertów i trzy, że muzycy tworzący projekt na black metalu zjedli zęby i doskonale czują tę muzykę. Do tego utwory Bathory bronią się po dziś dzień, po latach nie zajeżdża cepelią. A zagrane na koniec epickie „Blood Fire Death” z deszczem iskier znad sceny utwierdziło, że to był wyjątkowy koncert. Warto wspomnieć, że z zespołem gościnnie wystąpili Nergal i Attila Csihar z Mayhem.

Chwilę po muzyce Bathory na scenie głównej wybrzmiały utwory Sepultury. Brazylijska grupa od dwóch lat żegna się ze sceną i póki co pożegnać do końca nie może. Pewnie nie tylko moim zdaniem jedynym słusznym zakończeniem przez zespół kariery byłyby koncerty z braćmi Cavalera, ale póki co nic nie wskazuje by to miało się zdarzyć. Dlatego też trochę kręcę nosem, że w tym wydaniu to jednak trochę taki cover band. Niczego nie ujmuję Derrickowi Greenowi, bo kiedy grali kilka lat temu w B90 promując jeden ze swoich ostatnich albumów, to wypadli świetnie. Na Mysticu czegoś mi zabrakło, a nawet kogoś – konkretnie wiadomych braci. Jak na pożegnanie przystało, zespół zagrał bardzo przekrojowo – od najstarszych po nowsze rzeczy, z obowiązkowym „Roots Bloody Roots” na koniec.
A na dobicie po czterech intensywnych dniach na Park Stage zagrał Tiamat. Podobno w ostatnich latach lider zespołu Johan Edlund położył niejeden koncert, ale na szczęście kryzys ma już za sobą. Setlista była oparta głównie na płytach „Clouds” i „Wildhoney”, więc najlepszych płytach Szwedów. Wystroju sceny nie stwierdzono, za to Johan się ładnie pomalował i ubrał. A podczas kultowego „Sleeping Beauty” pojawił się Erik Danielsson i dośpiewywał refreny. Klimatyczna muzyka Tiamat doskonale sprawdziła się na zakończenie dnia i całego festiwalu.

Mystic Festival 2025: podsumowanie
Nie będę zanudzać dłuższym podsumowaniem, bo pewnie i tak mało która osoba dotarła aż do tego momentu. Czwarty Mystic Festival w Gdańsku mógł budzić obawy przez brak naprawdę dużych nazw (oprócz Kinga Diamonda), ale okazało się, że i tak ludzie dopisali. Wydaje mi się, że publiczności było jeszcze więcej niż rok temu, a tamta edycja okazała się rekordowa. Tym razem nie tylko ciężko było się wbić na Sabbath, ale także na Shrine Stage. Na plus należy zaliczyć jeszcze lepszą organizację całości, a przede wszystkim przeniesienie Desert Stage na większą przestrzeń. Do tego praktycznie wszyscy artyści przyjechali – w ostatniej chwili tylko Cattle Decapitation odwołało całą trasę. Trochę pomarudzić można na pogodę, bo każdego dnia przelotnie padało, ale oprócz krótkiej, ale intensywnej ulewy przed Jinjer, nie było to bardzo uciążliwe. Aż się prosiło żeby na merchu oprócz koszulek i bluz pojawiły się pałatki z logami zespołów.
Wiadomo już, że Mystic Festival 2026 odbędzie się w dniach 3-6 czerwca w tym samym miejscu, w Gdańsku na terenach stoczniowych. W poniedziałek będzie można już kupić karnety puli blind bird na kolejną edycję. Widzimy się za rok?
