Nigdy nie byłem wielkim fanem typowego rocka i metalu progresywnego, a płyty w tej stylistyce często męczą mnie swoim nadęciem, przeszarżowaną wirtuozerią czy też trącą wąsem rodem z pasty „mój stary to fanatyk wędkarstwa”. Na szczęście debiutancki album Oudeziel „The Finest Hour” nie jest przedstawicielem swojego gatunku „od linijki”, ale też nie brakuje tutaj rzeczy, które mnie akurat w tej stylistyce irytują, co rzutowało na odbiorze całości.
Początek płyty w postaci utworu „Finest Hour” na szczęście należy do najjaśniejszych części tego krążka, to zresztą mój ulubiony fragment albumu. Kawałek rozwija się stopniowo, trwa blisko osiem minut dzięki czemu jest tutaj czas i miejsce by niespiesznie się rozkręcał. Po floydowskim wstępie wchodzi rytmiczny motyw podchodzący pod muzykę elektroniczną, który od razu wchodzi do głowy. Muszę przyznać, że świetnie się to sprawdza – jest prosto, ale skutecznie. Robi nam się w pewnym momencie klimat rodem z trance party. Podobny zabieg zastosowano też we „Fluistert (Wind)” pod koniec albumu. Końcówka utworu „Finest Hour” to rozwinięcie poprzednich motywów, a całość zaczyna brzmieć wręcz post rockowo. Niewątpliwym plusem otwieracza jest to, że mamy do czynienia z utworem instrumentalnym i właśnie w takim wydaniu muzyka Oudeziel najbardziej mi się podoba. W tej muzyce dzieje się na tyle dużo, że wokal nie jest mi do szczęścia potrzebny, a wręcz jest lepiej bez niego. Jakby cała płyta była utrzymana w takim klimacie, to trafiłaby do mojej osobistej topki tego roku. Kolejny utwór „Sisyphus” to rzecz, w której słyszymy pierwszego gościa na płycie w postaci brazylijskiego wokalisty Renato Costy i zaczynają się schody. Niestety, nie lubię takiego zmanierowanego „piania” w stylu Jamesa LaBrie z Dream Theater i czar pryska. Nie chodzi o to, że to zła piosenka, po prostu wokal nie trafia kompletnie w moje gusta co rzutuje na odbiorze całości. Na szczęcie w kolejnym kawałku „Jeremy’s Promise” Oudeziel wraca do muzyki instrumentalnej, a numer jest o tyle ciekawy, że swoje partie dołożył w nim klawiszowiec Derek Sherinian, najbardziej znane nazwisko z gości, którzy udzielają się na płycie. Jego grę słyszymy jeszcze w „Ordinary Life” dwa numery później.
Album „The Finest Hour” jest tak skonstruowany, że utwory instrumentalne przeplatają się z wokalnymi, w sumie po cztery sztuki każdego rodzaju. W „Castaway” i „Etheogen” zaśpiewał Amerykanin Justin Turk. Ma on podobną manierę co Renato Costa więc powraca u mnie to samo odczucie co przy wspomnianym wyżej „Sisyphus”. Dlatego też jeśli chodzi o instrumentalną część płyty, to nie mam pytań i wszystko mi pasuje, z kolei tam gdzie wchodzą wokale, zaczynam kręcić nosem. Natomiast to tylko moje subiektywne odczucie. Należy to zdecydowanie podkreślić, bo na pewno jest wiele osób, którym takie wokale odpowiadają i łykną album w całości bez zagrychy.
Patrząc na „The Finest Hour” z szerszej perspektywy muszę przyznać, że debiut Oudeziel jest ciekawym wydawnictwem, które nie jest kalką szufladki z napisem prog rock, tylko bawi się tą stylistyką i potrafi wyjść poza ramy, chociażby w kierunku muzyki elektronicznej. Zobaczymy co z nich dalej wyrośnie, może być ciekawie.

skład:
Artur Wolski – gitary, klawisze
Mateusz Bańkowski – gitara basowa
Jarek Bielawski – perkusja
1. Finest Hour
2. Sisyphus feat. Renato Costa
3. Jeremy’s Promise feat. Derek Sherinian
4. Castaway feat. Justin Turk
5. Ordinary Life feat Derek Sherinian
6. Etheogen feat. Justin Turk
7. Fluistert (Wind)
8. Moment feat. Renato Costa
strona internetowa: www.facebook.com/oudeziel.band