Ewolucja śląskiego zespołu Furia zdaje się nie mieć końca. Szybko wyszli poza typową black metalową estetykę, ten gatunek był dla nich tylko punktem wyjścia do dalszych poszukiwań. Ich diabeł nigdy nie był stereotypową istotą z pierwotnym instynktem, tylko o wiele bardziej skomplikowanym, poetyckim bytem, który sięgał w ludzką duszę o wiele głębiej. Nihil i spółka wyszli nie tylko poza sam metal, ale także poza scenę muzyczną – na deski teatralne dzięki udziałowi w „Weselu” Jana Klaty, a teraz wgłębili się w kino. I to dosłownie, bo zazwyczaj wizualizacje podczas koncertów puszczane są za plecami muzyków, w tym zaś przypadku przed nimi, sprawiając że gdybyśmy mieli do czynienia ze starym telewizorem, Furia grałaby z wnętrza kineskopu. Sam zespół wyłaniał się tylko przenikając przez ekran, jakby był tylko odbiciem światła, czasem muzycy pojawiali się jako cienie. Najważniejszy był jednak obraz i muzyka sama w sobie, nie tworzący ją ludzie.

Trasa Furia Gra Kino to projekt niezwykły, nie tylko ze względu na przyjętą koncepcję sceniczną, ale także wyjątkowość całości. W zeszłym roku zespół zagrał specjalny koncert w ramach 25. urodzin Filmoteki Śląskiej w Katowicach, a teraz idea tamtego wydarzenia powróciła na pięć wieczorów w różnych miastach Polski. Trójmiasto to trzeci przystanek trasy, a gmach Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego nadawał się do zaprezentowania tego projektu jak żadne inne miejsce w okolicy. Okazało się, że ta sala nadaje się także do grania metalu. Te wszystkie drewniane elementy na galeriach tak dobrze wpływają na akustykę, że nie zdarzyło mi się być tutaj na źle nagłośnionym koncercie. Furia charakteryzuje się bardzo surowym, siarczystym brzmieniem, więc nie zawsze łatwo ich okiełznać.
Od strony muzycznej zespół skupił się przede wszystkim na swojej najnowszej płycie „Huta Luna” (jako wprowadzenie przed koncertem z głośników zapętlono fragment z ostatniego numeru na albumie „Księżyc, czyli Słońce”), ale nie zabrakło też kilku kawałków z „Księżyc milczy luty” i „Wyjcie psy” z „Marzannie Królowej Polski”. Furia nie zagrała tylko tych znanych z płyt rzeczy, ale podczas przerw wplatała elementy improwizowane, jakby reagując na to, co działo się na ekranie. Warstwa filmowa była podróżą w przeszłość Śląska, szczególnie w aspekty związane z przemysłem ciężkim. Te materiały wideo to bezcenne rzeczy, dzięki którym prl-owskie fabryki ożyły. Na mnie największe wrażenie zrobiły końcowe fragmenty z wytapianiem surówki, można się było poczuć jak w hucie. W kilku częściach przedstawiono też budowę katowickiego Spodka, skupiając się na kwestii montażu charakterystycznej kopuły budynku. Sprawiało to wrażenie obcowania z kroniką filmową, bo dopełnieniem tych fragmentów była narracja w wykonaniu Krzysztofa Zawadzkiego. To ciekawa lekcja nie tylko dla inżynierów budownictwa, zresztą po dziś dzień to wyjątkowy budynek, jedna z ikon polskiej architektury.
Tak naprawdę to nie Furia, a Śląsk był najważniejszym bohaterem widowiska. Tą śląskością aż kipiało z każdej strony, zespół jest tak mocno zakorzeniony w tej krainie, że jak mało który wnika w jej tożsamość. Ich muzyka w zestawieniu z obrazem staje się czymś całkowicie naturalnym w tym połączeniu, te dźwięki pasują jak żadne inne do puszczonego filmu. W czasach kina niemego podczas pokazów filmowych przygrywano na fortepianie, tutaj także można było poczuć ten klimat, ale w metalowej formie. Jak na prawdziwy film przystało, na koniec puszczono napisy, co tylko dopełniło charakteru tego wyjątkowego wydarzenia zorganizowanego przez Iron Realm Productions, za co im wielkie dzięki.