Grzesław Nawrocki to istny fenomen. Utwory, które publikuje już od niemal 30 lat pod różnymi nazwami (Ego, Kobiety, Nawrocki Folk Computer Band) wyróżniają się na tle tego, co proponują i proponowali inni trójmiejscy twórcy. Mocno osadzony w specyficznym brzmieniu lokalnego alternatywnego rocka, nie boi się jednak sięgać po strukturę popowej piosenki, w ramach której porusza się bez żadnych kompleksów i samoograniczeń, a każdy z jego tekstów porusza szare komórki do myślenia. Przy tym jego występy do częstych nie należą. Kiedy więc ogłosił koncert przy gdańskim Stawie Wróbla w bezpośrednim sąsiedztwie PKM Jasień – wyruszyłem tam bez zbędnego zastanowienia. Nawet pomimo skrajnie niesprzyjającej pogody.
Z powodu nasilających się opadów deszczu, koncert – w zamierzeniu plenerowy – przeniesiony został do kameralnego, ale przytulnego wnętrza pobliskiej Boukoffa Gallery, co nadało wydarzeniu charakteru niemalże familijnego, pomogło skrócić dystans między publicznością, a wykonawcami.
I tu przechodzimy do punktu pierwszego – wykonawców. Towarzysząca Nawrockiemu grupa Dobrzy Ludzie składa się z nie byle kogo, zawierają się w niej trębacz Tomasz Ziętek (znany chociażby z Loco Star), basista Jarek Marciszewski (lider i gitarzysta grupy Popsysze), perkusista Macio Moretti (muzyk formacji Antigama, Starzy Singers, Mitch & Mitch, ostatnio coraz częściej widywany w Trójmieście m. in. w składzie Ścianki, czy Łoskotu, filar warszawskiej wytwórni Lado ABC) oraz pianista Szymon Burnos (znany muzyk lokalnej sceny jazzowej, stały współpracownik Tymona Tymańskiego, ostatnio próbujący swoich sił songwriterskich jako Sheldon Kafka). Widać, że nie tylko oni świetnie się bawią grając piosenki Grzesława, ale też on sam czuje się z nimi świetnie, wręcz tryskając charyzmą czy pewnością siebie. Zwłaszcza Moretti ze swoją niewerbalną nierzadko komunikacją z bandleaderem urasta do rangi osoby nr 2 na scenie.
Punkt drugi – dorobek. W tym aspekcie również nie można mieć do Grzesława zastrzeżeń (znaczy zawsze można, ale po cholerę?), bowiem przy secie składającym się z 12 utworów z bisami znalazło się miejsce dla kawałków z całej długiej twórczości głównego bohatera, rozpoczętej świetnym debiutem formacji Kobiety z 2000 roku, a mającej mieć kontynuację w zapowiadanej na ten rok płycie „Najpiękniejszy śmietnik”. Jakkolwiek w ścisku galerii trudno było „zakręcić nóżką” niczym Jah w tekście „Kaszubskiego szamana”, tak szlagiery takie jak „Marcello”, „We Are The Mutants” czy „Doskonale tracę czas”, z kolei inne – takie jak „Moja mama ma depresję” – potrafią skłonić do refleksji. Wszystko jednak z zachowaniem balansu smaku, o który tak trudno.
Punkt trzeci – sound. W tym wypadku wybitnie stylowy. Może dlatego, że gitara akustyczna w rękach Grzesława po prostu brzmi? Może dlatego, że Moretti wie, kiedy i jak stłumić perkusję, żeby korzystało na tym brzmienie utworów? Może dlatego, że czasem warto użyć mniejszego pieca do basu? I w ogóle może dlatego, że ciszej znaczy klarowniej? Nie wiem. Ale po prostu brzmiało to dobrze.
Polecam wszystkim kontakt z twórczością Grzesława Nawrockiego przy pierwszej nadchodzącej okazji. Pozwólcie sobie na to, żeby doskonale stracić czas w jego towarzystwie. I żeby poczuć się przy nim mocno. Najbliższa okazja już 18 października w sopockim Spatifie. Polecam!
