The Flying Eyes, Horisont, Broken Betty, Vagitarians (Desdemona, Gdynia 19-07-2012)

Deszczowa pogoda, zwłaszcza w wakacje zniechęca do życia – dosłownie i w przenośni. Dobrą alternatywą jest dobry koncert, ciężko wszak taki teraz znaleźć, ale gdyńska Desdemona również w takie smutne wakacyjne dni potrafi zaskoczyć bardzo ciekawą ofertą koncertową.

W ramach wspólnej trasy szwedzkiego Horisont i amerykańskiego The Flying Eyes na koncercie w Trójmieście zagrali wraz z gdyńskim Broken Betty oraz warszawskim Vagitarians. Naturalnie bez obsuwy obejść się nie mogło, ale bardziej zdziwiło mnie coś innego – stanowisko z merchem. Zagraniczny zespół, w dodatku niszowy, mniej znany, przyjeżdża do małego klubu zagrać koncert i „polansować” swoją twórczość więc wystawia na sprzedaż koszulki i płyty w wersjach winylowych i na srebrnym krążku CD. Super, tylko ceny jak z kosmosu. Horisont merch miał po 60 złotych za każdy produkt, a The Flying Eyes po 50 zł – rozumiem płyta winylowa, ale CD, koszulka? W sklepach ich nie ma, jakby nie patrzeć są niszą, nie mówi się o nich, więc ceny powinny być zachęcające do kupna, odpowiednio niskie. W porównaniu z Vagitarians czy Broken Betty, które swoje płyty wystawili w cenach od 15 do 25 złotych różnica przeogromna. Kompletnie tego nie rozumiem, zwłaszcza, że inne zespoły niszowe nie szarżują z cenami: podczas koncertu Amethystu można było dostać płytę CD i koszulkę za… 40 złotych w pakiecie, a samą płytę za 30. Różnica? Nawet najbardziej znane zespoły z cenami merchu tak nie przesadzają…

Przejdźmy jednak do rzeczy znacznie bardziej istotnej – grania poszczególnych zespołów. Jako pierwszy zagrał warszawski Vagitarians, którego płyta „Woods” wydana na początku tego roku odrzuciła mnie – chaos stylistyczny, jazgot i wrzaski na granicy słuchalności. Lubię takie granie, ale mocno przesadzili. Tymczasem ten występ, drugi w gdyńskiej Desdemonie, zagrali… akustycznie. Cóż za miła niespodzianka, bo brzmieli zupełnie inaczej i naprawdę przyjemnie. Kto zresztą powiedział, że Ci co grają ostro nie umieją grać spokojnie, czysto, przejrzyście a jednocześnie nadal z mocą? Obok własnych utworów, jak choćby „kawałek znany lub nieznany” „Flesh and Bones” z epki wydanej w 2009 roku czy numer o „heroinowej dziwce, z którą mieli duży problem jak przerobić ją na akustyczny kawałek”, a mianowicie „Ignore it” z tej samej płyty – skoro ją zrobili, to chyba jednak można. Zagrali też kilka coverów, w tym nawet sięgnęli po The Allman Brothers, zaraz potem zaś ponabijali się trochę z Erica Claptona, ale był to zaledwie wstęp do skocznej southern rockowej jazdy. A na sam koniec cytat z… Led Zeppelin „Stairway to Heaven”.

Jako drudzy wystąpili chłopacy z Broken Betty, którzy zagrali set już normalny, czyli oparty na ostrym gitarowym brzmieniu. I co tu dużo o chłopakach pisać – grają naprawdę żywiołowo, z każdym koncertem coraz ciekawiej, czują to, co tworzą i przede wszystkim mają na to granie pomysł. Obok calusieńkiej, trochę inaczej brzmiącej na żywo, tegorocznej epki „The Original Features” zagrali kawałek z zeszłorocznej płyty „The Sorry Eye”, a mianowicie finałowy „Better Days”. Dla mnie każdy ich występ to czołg i rozwałka i oby tak dalej!

Po nich nastąpiła dłuższa przerwa i na deski Desdemony wkroczyli Szwedzi z grupy Horisont, którzy wydali dwie płyty: znakomity debiut „Tva Sidor Av Horisonten” w 2010 roku i, moim zdaniem nieco słabszy, tegoroczny „Second Assault”. Ten niezwykle ciekawy zespół intensywnie czerpie z brzmienia i twórczości grup tworzących w latach 70. Obracają się więc głównie pośród hard rocka i proto heavy metalu. Zabrali w podróż w czasie do tamtych lat nie tylko swoim wyglądem, przywołującym Led Zeppelin czy ówczesne Deep Purple, ale także dźwiękami. Ich twórczość, to wtórny rynek, nie ma tu nic absolutnie nowego czy odkrywczego, siłę stanowi brzmienie i energia. Ostre riffy i garażową szorstkość charakteryzująca nagrania z lat ’70, zwłaszcza grup zapomnianych i nie znanych, można znaleźć w ich graniu i nie widzę sensu rozpisywania się o każdym ich kawałku, bo na dobrą sprawę brzmią wszystkie tak samo. Zwłaszcza wokal, tak wysoki i piskliwy, że dla niektórych niestrawny. Nie da się jednak ukryć, że wszystkim udzielała się żywiołowość i energia Szwedów.

Mi osobiście najbardziej jednak podobał się zespół ostatni, czyli amerykański The Flying Eyes. Nie aż tak żywiołowy i ostry, jak poprzedzający ich Szwedzi, bo znacznie bardziej spokojniejszy, bardziej klimatyczny, znacznie bardziej penetrujący rejony psychodeli tamtych lat. Tu również ciężko mi rozpisywać się o poszczególnych numerach, ale jeśli zamknąć oczy, dosłownie miało się wrażenie, że jest się w szalonych latach ’70. Zresztą Desdemona ma w sobie coś z takich spelunowatych pubików, w jakich dawne rockowe i metalowe zespoły grały swoje koncerty, bez popadania w paranoję masowych imprez za duże pieniądze. Po prostu istna magia zaklęta w muzie i w miejscu – do takich koncertów nadaje się wręcz idealne.

Wszystkie cztery zespoły pasowały do siebie stylistycznie, choć każdy prezentował diametralnie różne podejście do grania. Jak zwykle w Desdemonie było znakomite brzmienie, które ani nie było za głośne, a było też odpowiednio, zwłaszcza podczas Horisont i The Flying Eyes chropawe, brudne i garażowe. Jeśli ktoś ceni sobie granie lat ’70, a brakuje mu świeżego i nowoczesnego spojrzenia powinien sięgnąć po te zespoły, bo to nie tylko revival, one są jak wyjęte z tego okresu, a to też nie jest takie oczywiste w przypadku zespołów które mniej lub bardziej jawnie się odwołują do lat ’60 czy ’70. I nie mam tu na myśli dinozaurów odcinających w większości kupony od swojej świetności. Takie koncerty są potrzebne i niewątpliwie ten zawiesił wysoko poprzeczkę.