Mystic Festival 2022: Dzień I 02.06
Drugi, ale pierwszy właściwy dzień Mystica stał pod znakiem muzycznego zróżnicowania. Dla metalowych purystów połowa składu była niestrawna, ale ja takim nie jestem i uważam, że się to sprawdziło. Dla mnie dzień się rozpoczął od koncertu Kvelertak. Ci Norwegowie potrafią dać się ponieść szaleństwu, dali jeden z najbardziej energetycznych występów na całym festiwalu. Kilka godzina później na malutkiej Desert Stage zagrał duet The Picturebooks, który jednak pod tym względem przebił wszystkich. Zapamiętajcie tę nazwę, w kategoriach rock and rollowego szaleństwa i energii ci Niemcy są absolutnie genialni. Zupełnie inne emocje dostarczyli ich krajanie z Dolch na Shrine Stage. Tutaj liczył się klimat i powolne budowanie napięcia. Zupełnie nietypowe dla festiwalu metalowego klimaty. Niestety pokrywali się z Kvelertak więc za bardzo się na nich nie zdążyłem skupić, ale na pewno posłucham ich nagrań. Sytuacja powtórzyła się godzinę później kiedy w tym samym czasie grali Baroness na Park Stage i Gggolddd na Shrine. Znowu dłużej mi zajęła wizyta na świeżym powietrzu i mam kolejny zespół do przesłuchania w domu. Na Shrine wróciłem jeszcze w trakcie koncertu Brutus. Ten belgijski zespół kojarzę z Soundrive Festivalu i zarówno wtedy jak i teraz porazili swoją energią. Główne skrzypce gra tutaj pani perkusistka, która jest także wokalistką i nawala jak wściekła wypluwając kolejne wersy.

Ten dzień Mystica to nie tylko zróżnicowanie muzyczne, ale i płciowe, bo w Dolch, Gggolddd i kończącym dzień na Shrine zespole Ovo też śpiewały kobiety. Najważniejsze w tym wszystkim nie jest jednak płeć, ale to, że ich muzyka się doskonale broniła. Zupełnie inne wrażenia niż Brutus zapewnił w tym czasie Heilung na Park Stage. Było to moje pierwsze zetknięcie z ich dźwiękami, chociaż kiedyś widziałem fragment ich koncertu na YouTube. To coś ponad muzykę i zwykły spektakl, to szamański trans i duchowe uniesienie. Wszystko u nich ze sobą współgra – stroje, scenografia, zachowania muzyków i towarzyszących im osób takich jak ekipa Wikingów. To tak niezwykłe doświadczenie, że nawet ekipa strażaków podeszła pod scenę i z ciekawością przyglądała się przedstawieniu.

Tego dnia odpalono wreszcie ogromną scenę główną. Z ciekawości w międzyczasie poszedłem na Malevolence, ale nie przykuli mojej uwagi. Okolica bardzo industrialna, za sceną znajduje się dźwig stoczniowy, więc otoczenie bardzo pasujące do metalu. Jako kolejni zagrali panowie z Mastodon. O ile lubię ich muzykę z płyt, to w ich koncertach mi czegoś brakuje. Liczyłem, że zagrają „Gigantium” z nowej płyty „Hushed and Grim”, ale niestety się tego numeru nie doczekałem.

Headlinerem tego dnia na Main Stage był szwedzki zespół progresywny Opeth. To grupa, do której nigdy nie mogłem się przekonać i ten koncert tego nie zmienił. Szanuję Mikaela Åkerfeldta za muzyczną wyobraźnię i umiejętności kompozytorskie, jednak zwyczajnie mnie ten zespół nudzi. Trochę nie pasowali mi też jako główna gwiazda, są zbyt mało widowiskowym zespołem i ciężko w ich wypadku o „stadionowość”.

O wiele bardziej podobał mi się koncert Katatonii, który odbył się na Park Stage chwilę później. Ich melancholijna muzyka doskonale pasowała do tak późnej pory, do tego zespół był wygłodniały grania na żywo po dwóch latach posuchy czego wokalista Jonas Renske dawał wyraz w przerwach między kolejnymi kawałkami. Muzyczna depresja, ale wykonawcza radość. Dla mnie zagrali jeden z najlepszych koncertów festiwalu.