To, że Bielizna jest najlepszym zespołem Trójmiasta, który najwyraźniej tylko przez złośliwość reszty Polski nie zrobił ogólnokrajowej kariery w rozumieniu komercyjnym – tośmy sobie już wyjaśnili we wcześniejszych tekstach. To, że absolutnie wyczekiwanym i genialnym wydawnictwem była płyta „Bagno” wydana wiosną tego roku przez Mystic i stanowiąca powrót formacji w glorii i chwale – tośmy sobie wyjaśnili chociażby w mojej recenzji wspomnianego wypustu.
Miałem możliwość uczestniczyć w koncercie formacji w lutym 2025 roku w gdyńskiej Desdemonie, gdzie widać było, że zespół działał jak dobrze naoliwiona maszyna. Po charakterystycznym dla każdej dużej zmiany składu okresie adaptacji, prezentował się nam skład zgrany co do szesnastki (taka naprawdę mała wartość rytmiczna) zawierający muzyków i kompozytorów wysokiej próby oraz charyzmatycznego wokalistę o charakterystycznej barwie, a zarazem niepowtarzalnego autora tekstów łączącego dar do poruszania tematów poważnych w sposób zrozumiały z poetycką lekkością, a sowizdrzalski miejscami humor ze „smuteczkiem” właściwym chociażby tekstom Jeremiego Przybory. Po dwóch godzinach występu zespół schodził ze sceny, zostawiwszy na niej krew i pot, a także pełnych zachwytu i niedosytu fanów. Mało kto przypuszczał, że będzie to ostatni (jak dotąd) koncert formacji w tym kształcie.
Już w momencie promocji płyty, media obiegła informacja o chorobie Jarosława Janiszewskiego – frontmana formacji, popularnego Doktora – uniemożliwiającej mu uprawianie zawodu poprzez zaatakowanie jego narządu mowy. W takich okolicznościach zespół – gotowy do ogólnopolskiej trasy promocyjnej – został zatrzymany w blokach startowych. Sytuacja bolesna o tyle, że płyta „Bagno” zyskała uznanie zarówno wśród krytyków (czego dowodem jest obecność w wielu – modnych obecnie – podsumowaniach końcoworocznych), a także fanów (przez wiele tygodni piosenka tytułowa z płyty utrzymywała się na szczycie Listy Przebojów Programu Trzeciego). Co zrobić w takiej sytuacji?
Działać.
Mając w perspektywie pierwszy od długiego czasu okres przedsylwestrowy bez koncertu Bielizny w SPATiFie, zespół we współpracy z Arkadiuszem Hronowskim – szefem klubu – wyszedł z inicjatywą koncertu z udziałem innych niż Janiszewski wokalistów śpiewających jego teksty, zebranych pod zagadkową nazwą „Dobrzy Ludzie”, utrzymanych w tajemnicy niemal do dnia koncertu. Już podczas przygotowań okazało się, że materiał ten – wcale nie tak łatwy pod względem wokalnym – stanowił dla niektórych nie lada wyzwanie.
Efekt? Moim zdaniem co najmniej zadowalający. Ale po kolei.

Jako pierwszy na scenie pojawił się Hronowski, który pełnił tego wieczoru rolę mistrza ceremonii (wychodząc z tego jak najbardziej obronną ręką). Rozpoczął od wtajemniczenia zebranych w historię choroby Janiszewskiego, a także podziękowania lekarzom, dzięki którym choremu udaje się powoli odzyskiwać władzę w aparacie mowy. Krótko po tym na scenę weszli Jarosław Ziętek – niestrudzony gdański trubadur (grający z Janiszewskim w formacjach Duo Gremplina tudzież Otoczeni Przez Bydło), by z towarzyszeniem grającego na akordeonie Michała Mantaja (m. in. Zeppelinians), saksofonisty Roberta Dobruckiego (grał w Bieliźnie w latach 1997 – 2009, oraz na płycie „Świadkowie Rocka” side projectu Doktor Granat) oraz perkusisty Macieja Czarnego (m. in. Otoczeni Przez Bydło) wykonać utwór „Plac Pigalle” z płyty „Bagno” (z której pojawiło się tego wieczora jeszcze osiem kompozycji, co stanowi dość godną reprezentację). Po tym krótkim występie rozpoczęła się część właściwa.
Zacznę od formy instrumentalistów. Formy wysokiej. Mając w arsenale świetną amunicję pod postacią naprawdę genialnych i nietuzinkowych kompozycji, w wybranych na ten wieczór dwudziestu ośmiu utworach zaprezentowali się muzycy zgrani ze sobą do perfekcji czy też do perfidii. Wprawne oko i ucho zauważy, że formację w dyskretny acz zdecydowany sposób prowadził Radovan Jacuniak – basista o unikatowym stylu, wyrazistej barwie i nieprzeciętnej wyobraźni (dowodem czego niech będą choćby jego partie w reworkach utworów „Chamy”,„Ja, szara mysz”, czy „Mahsa Amini”, a także hymniczna niemal linia rozpoczynająca „Taniec lekkich goryli”) sprawiający wrażenie kierownika muzycznego o dużej świadomości. W ramach sekcji rytmicznej godnie towarzyszył mu Andrzej Jarmakowicz – fenomenalny perkusista, z niespotykaną precyzją, ale i energią wygrywający skomplikowane nierzadko partie (zespół znany jest z tego, że ucieka od grywania rzeczy w rytmach 4/4), żeby wspomnieć chociażby legendarną „Miłość oralną w Jugosławii”. Nie mniej fascynującą robotę wykonują gitarzyści grupy – przede wszystkim skupiający na sobie uwagę Krzysztof Stachura, który zachwycał partiami solowymi – raz ognistymi i ekspresyjnymi (jak w „Starszej kobiecie”, „Śpij synku”, czy „Ze starej kury jest lepszy rosół”), kiedy indziej delikatnymi i wyrafinowanymi („Władek przechodzi w piąty wymiar”, „Ja, szara mysz”, czy piękne delaye w „Mahsa Amini”) – czarując przy tym skromną ekspresją mimiczną pod postacią zagadkowego uśmiechu Sfinksa. Nie pozostawał w tyle Jarosław Figura, który – choć najbardziej niepozorny z wyglądu – dzierżył kluczową dla muzyki formacji rolę gitarzysty rytmicznego (warto przypomnieć, że za kojarzone ze stylem Johnny’ego Marra partie gitar z legendarnego debiutu „Taniec lekkich goryli” odpowiadał właśnie Figura, pełniący również w latach 2000 – 2019 obowiązki basisty zespołu). Wszystko to złożyło się w naprawdę dobrze brzmiącą całość. To miło.
Teraz parę słów o wokalistach i wokalistkach. Łącznie podczas koncertu dwadzieścia osiem tekstów Janiszewskiego śpiewało aż dziewięć osób (dziesięć, jeśli liczyć Ziętka). Rozpoczął Waldemar Kasperkowiak z formacji Sarcastic Monks, występujący także na legendarnej solowej płycie „Smolik” Andrzeja Smolika. Jego ognista ekspresja przypominająca nieco styl wczesnego Tomka Lipińskiego (obecnego zresztą na Sali) wzbogaciła utwory „Terrorystyczne bojówki”, „Chamy” (w wersji z „Bagna”), „Starsza kobieta” i „Mahsa Amini”. Po nim na scenę wkroczyła Izabella Sawicka występująca pod pseudonimem Izes, ostatnio śpiewająca również w łódzkim Hedone, która w wielce energetyczny sposób uraczyła słuchaczy swoimi interpretacjami „Torreadora”, „Nie wolno”, „Śpij synku” czy wspomnianej już „Miłości oralnej w Jugosławii”. Wokalista formacji Nieznany Wykonawca Jarosław Chęć ubarwił swą interpretacją utwór „Krótki kurs znikania”, następnie połączył siły z Olgą Klementowicz w „Dwóch wchodzi a jeden wychodzi”, po czym – zgodnie z tytułem kawałka – zszedł, zostawiając Olgę (śpiewającą w Akademickim Chórze Uniwersytetu Gdańskiego), która wykonała jeszcze reggaeowe „Kiedy cię zdradzę” w duecie z Ewą Hronowską (zbieżność nazwisk nieprzypadkowa – niegdyś występowała w formacji Oczi Cziorne, prywatnie małżonka Arkadiusza) i nieoczywiste „Siedem kotów” (w obu powyższych utworach na saksofonie uwijał się Dobrucki). Zmianę dynamiki zaserwował nam Piotr Łuba (niegdyś wokalista formacji Fuzz), który swoim ostrym wokalem zaprawionym sympatyczną chrypką ubarwił kawałki „Chuda Berta przejmuje rząd dusz” i „Słony ślad”. Lirycznie z kolei zrobiło się, kiedy mikrofon przejęła Zuzanna Ostrowska (wokalistka zespołu Struktura), po czym usłyszeliśmy jej niepozbawione uroku interpretacje nastrojowego „Ja, szara mysz”, orientalnego „Daleko stąd” i posępnego „Bądź przeklęty” zrównoważonego krotochwilnym utworem „Pani Jola”. Wokalista formacji Motyle Wojciech Podlacki przyłożył mocnym rockerem „Dom rodzinny”, a także delikatniejszym w wyrazie walczykiem „Najbardziej fatalna para od czasów V-2”. Szeroki wachlarz umiejętności zaprezentowała Ewa Szwajlik – najpierw zaczarowała poetycką niemal interpretacją piosenki „Władek przechodzi w piąty wymiar”, by w tytułowym dla ostatniej płyty „Bagnie” zachwycić mocnym i pełnym energii rockowym wokalem. Jako ostatni na scenę powrócił Waldemar Kasperkowiak, by uwiecznić koncert utworami „Krótka przygoda z człowiekiem, który obiecywał wykładzinę podłogową”, „Ze starej kury jest lepszy rosół”, a także – śpiewanymi już chóralnie przez publiczność – „Prywatne życie kasjerki PKP”, „Stefan” i „Taniec lekkich goryli”, w którym w swoistym „tutti” pojawili się wszyscy wokaliści. Ponieważ wygłodniała występu formacji publiczność domagała się bisów, skład z Kasperkowiakiem powrócił do „Terrorystycznych Bojówek” i „Stefana”. I tyle.
Koncert Bielizny trwał niemal trzy godziny. I nic dziwnego, bo SPATiF był pełny do ostatniego miejsca – koncert został wyprzedany już przed Świętami, a handel biletami w komentarzach pod wydarzeniem trwał do ostatniej chwili. Fani wykazali się solidarnością z obecnym przez cały czas na koncercie Janiszewskim, okazując mu nieocenione wsparcie, zwłaszcza po każdej wypowiadanej przez niego z trudem kwestii. Było to budujące.
A jeszcze bardziej budujące było to, jak Doktor – Jarosław Janiszewski – poderwał się na równe nogi słysząc chóralnie odśpiewywany „Taniec lekkich goryli” zwany przez Hronowskiego „hymnem”, jakby samemu rwał się do wejścia za mikrofon (bo tam jego miejsce). Sprawiało to bowiem wrażenie, jakby rzeczywiście zatęsknił do koncertów z formacją. Oby podziałało to na niego budująco w toku mającej się niedługo rozpocząć rehabilitacji. Wszak jak powiedział poeta „ile cię trzeba cenić – ten tylko się dowie, kto cię stracił”… I oby odzyskał.
Dwadzieścia osiem utworów setu podstawowego i dwa bisy dają razem trzydzieści kawałków. Niewiele jest w Polsce kapel, które potrafią taki koncert ustać, a jeszcze mniej takich, które dowożą taki zestaw w dobrym stylu. W kwestii zespołu Bielizna nie ma o co się obawiać – prezentują się świetnie, brzmienie mają spójne, ich kompozycje brzmią świeżo, bez względu na to, czy pochodzą z ostatniej czy z pierwszej płyty. Oczywiście, można sobie trochę powybrzydzać, że nie zagrali piosenki takiej, srakiej czy owakiej, ale koncert to nie playlista na Spotify, żeby sobie w nim paluchami gmerać.
Chyba nie tylko ja wyszedłem ze SPATiFu usatysfakcjonowany. A także pełen wiary i nadziei, że ta wspaniała formacja z jej wspaniałym liderem nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa.